Kanał Rss
Content
Zwykłe, dobre, tanie
2 stycznia 2013

„Zwykły, dobry, tani” – taki napis zdobił wiele lat temu etykietę wina „Czerwony Proletariat” produkowanego przez firmę Fructona. W tych trzech słowach zawiera się istota najbardziej chyba niezwykłego polskiego trunku, jakim jest tanie wino owocowe. Ten rodzimy wkład w historię napojów alkoholowych jest wyjątkowy przede wszystkim ze względu specyficzną otoczkę kulturową, jaka się wokół niego rozwinęła. Otoczka ta, potraktowana jako całość (na którą składają się etykiety, nazwy produktów, kształty butelek, liczne mity i przesądy, odniesienia w utworach literackich i muzycznych – a także wiele innych elementów) najprawdopodobniej jest wyjątkiem w skali światowej. Owszem, nietrudno w innych państwach o wino, nietrudno o wino z owoców innych niż winogrona, a nawet da się znaleźć względnie tanie gatunki. Ale czy gdziekolwiek producenci wykazali się taką inwencją w tworzeniu nazw i etykiet? Czy gdziekolwiek tanie wino obrosło tyloma legendami, czy gdziekolwiek jego spożywaniu towarzyszy (w niektórych przynajmniej kręgach) swoisty kult i posmak groteski? Nie wydaje się, by analogiczne zjawisko występowało – w każdym razie nie na taką skalę – w innych krajach, nawet postkomunistycznych.

Specyficzne dla Polski jest to, że to właśnie u nas wino stało się elementem kultury ludowej, by nie rzec – proletariackiej, plebejskiej. Trudno powiedzieć, czy producenci dostosowali się do tego, czy raczej stymulowali zjawisko, prawdopodobnie oddziaływania szły w obie strony. Nazwy tych produktów odwołują się wiecznych archetypów siły i męstwa („Bycza Moc”, „Komandos”, „Rambo”), do zmitologizowanej ludowej rewolucji („Czerwony Proletariat”), przaśnego klimatu spokojnej wsi („Nalewka Dziadunia”, „Sen Sołtysa”, “Chłopskie”), filozofii („Platon”), motywu podróżnika-odkrywcy (“Kapitan Polewa – Cała Naprzód!”, “Bosman”, “Kosmos”), wreszcie – najbardziej naturalnie – po prostu do owoców („Wiśnia”, „Jabłuszko Sandomierskie”, „Cytrynówka”). Etykiety tanich win to niejednokrotnie pomysłowość i bogactwo wyobraźni, uwidocznione w pozornej estetyce kiczu, w istocie będącej odpowiednikiem dobrodusznego prymitywizmu Nikifora.

Ciekawie przedstawia się historia “serii limitowanej” w wytwórni Kamparex. Opowiada o tym Daniel Fintek, szef firmy: - Seria limitowana w naszej firmie powstała dzięki kilku studentom, którzy nagrali piosenkę o firmie Kamparex. Piosenka w stylu hip hopu dała Nam dużo do myślenia. Po kilku uwagach i wymianie zdań z wykonawcami piosenki, poprosili oni nas o pewną zmianę smaku w dwóch naszych produktach, które konsumowali bardzo często. Było to bardzo ryzykowne, gdyż nasze flagowe produkty mielibyśmy zmienić na życzenie kliku młodych chłopaków. Zaryzykowaliśmy, zrobiliśmy winno inne niż konkurencji, był wyczuwalny zupełnie inny smak i przyniosło to efekt w postaci zwiększonej sprzedaży, a skoro było inne i lepiej smakowało – to powstała Seria Limitowana.

Okazuje się więc, że literalne, dosłowne odczytanie określenia „tanie wino owocowe” nie pozwala nam jeszcze uchwycić całej głębi zagadnienia. Trzeba zatem poszukać dalej.

To, co będzie nas interesować, to tanie wino w czasach obecnych – kondycja rynku, panujące tendencje, postrzeganie w społeczeństwie. Zbierając materiały, rozesłaliśmy zestawy pytań do kilku istniejących jeszcze wytwórni, ale z niewiadomych przyczyn odpowiedziały nam (zresztą wyczerpująco) tylko Agropol i Kamparex, za co zresztą należą się im niemałe podziękowania. Cóż, byłoby dobrze poznać także punkt widzenia innych przedsiębiorstw…

Przypomnijmy, że w latach 90-tych produkcją tanich win zajmowało się naprawdę wiele rozlewni z całej Polski, dziś na placu boju pozostało już tylko kilka, może kilkanaście. Z ważniejszych wymienić można Kamparex, Bartex, Sulimar, Domator-Delta, Warwin, Vinkon, Pektowin i wspomniany Agropol. – Z tego co udało nam się ustalić, zostało podobnych firm około 12 w całej Polsce, wiadomo również, że największym skupiskiem firm winiarskich było od zawsze województwo łódzkie – wyjaśnia Daniel Fintek z Kamparexu.

Większość ze wspomnianych firm produkuje także inne wyroby – np. soki, przetwory, dżemy i koncentraty owocowe (w tym celuje np. Pektowin), piwo czy wina gronowe. Na przykład Bartex ma w swojej ofercie szampany i całą gamę win, w tym także importowanych, Sulimar prowadzi browar Cornelius, a Kamparex sprzedaje wina Dekartes i Mascoli. – Jesteśmy jedną z pięciu firm w Polsce która produkuje wina musujące (szampany) i to jest z naszej strony przebicie do szerszego rynku – mówi Daniel Fintek. Agropol ma do zaoferowania m.in. bardzo smaczne wina o ziołowo-korzennym posmaku, dobre do spożywania na ciepło (“Rozgrzaniec”, “Bakkus”), wina porzeczkowe (“Trento”) czy białe (“Ottolini Bianco”). Okazuje się więc, że polscy producenci win najtańszych mają także interesujące produkty przeznaczone na wyższe półki. My jednak skoncentrujemy się dziś na segmencie, w którym rzadko wykracza się poza 5-6 zł za butelkę.

Dekadę temu, gdy wkraczałem w ów (pół)światek, dość klarowny wydawał się podział na „wina” (w butelkach zwrotnych o pojemności 0,75 litra, dość słabe i zazwyczaj wymyślnie nazywane) oraz „nalewki” – w bezzwrotnych butelkach litrowych (niekiedy plastikowych), nieco mocniejsze od „win” i na ogół „wyposażone” w banalne nazwy typu „Nalewka Wiśniowa” czy „Owoce Lasu”. Podział ten z perspektywy czasu oceniłbym jako umowny, a zresztą przez lata znacznie się rozmył. Obecnie trudno mi wychwycić znaczącą różnicę w smaku pomiędzy „winami” a „nalewkami”, zaś jedne i drugie zawierają zwykle 9 – 11 proc. alkoholu (choć sporadycznie zdarzając się mocniejsze). Co więcej, „litrowe” nalewki coraz częściej zmieniają się w butelki 0,9 litra, a nawet 0,85 litra. Niektóre „wina” również oferowane są w zmniejszonej pojemności 0,67 litra. Trzeba sobie radzić, ktoś powie. I rzeczywiście – trzeba, ale niekoniecznie powinno być nam do śmiechu. – Te, jak Pan zauważył, zmiany zawartości alkoholu, mniejsze opakowania, itd. są po to, by cena pozostala na niezmienionym poziomie – dowiadujemy się od przedstawicielki Agropolu. Prawda jest bowiem taka, że sytuacja na rynku nie jest lekka: – W ostatnim czasie wiele firm upadło, a te które zostały, są na krawędzi.

To dość smutne, biorąc pod uwagę, że wspomniane firmy w większości są „rdzennie polskie”, a do tego często związane z małymi miejscowościami, rolnikami etc. - Zawsze największymi odbiorcami byli klienci z mniejszych miejscowości, w naszym przypadku dominowały woj. świętokrzyskie, dolnośląskie i śląskie. W większych miejscowościach owe trunki były chowane na niższe półki w sklepach, lecz dzięki naszym wspaniałym studentom z całego kraju sprzedaż nie wyhamowała nawet w większych miastach – mówi Daniel Fintek (Kamparex).

Oczywiście konsumenci, którzy wolą sięgać po piwo lub „tanie drogie wina” (jak osławiona „Sophia” w różnych odmianach) odpowiedzą wzgardliwie, że nie będą „niszczyć sobie zdrowia” czy też „katować się” ordynarnymi „jabolami”. Trzeba jednak zdać sobie sprawę z tego, że ogromna większość opowieści o rzekomo nędznej jakości tych napojów i ich obrzydliwym smaku – to mity, przesądy, zabobony, zwykłe zmyślenia. Spójrzmy na temat logicznie. Skład napoju tego rodzaju to zazwyczaj: soki i moszcze owocowe (a więc to samo, co w dowolnym napoju owocowym), alkohol (jak w każdym trunku) i – rzeczywiście – pewna ilość „podejrzanych” chemikaliów typu acesulfam-K, sacharynian sodu, aspartam i konserwanty. Zgodna, ten ostatni pakiet nie jest zachęcający – ale na dobrą sprawę nie jest to nic gorszego niż chemikalia w coli czy napoju energetycznym, a tych przecież dzielni Polacy pochłaniają monstrualne ilości. – Nie uważam, by tanie wino było nie zdrowe, mocno bym się sprzeczał z osobami które tak twierdzą – mówi Daniel Fintek. - Używamy barwików w minimalnym stopniu, tych samych co w sokach, napojach, lodach itd. Jednym z głównych jest karmel – więc nic chyba nie muszę więcej dodawać. Jeśli chodzi o aromaty, to wszystko jest pod konsumenta, pod jego wymagania, dawniej królował smak wiśni czy też jabłka, teraz mamy porzeczkę, żurawinę, miodową, miętową itd.

Opowieści o „siarce” były dementowane już wielokrotnie, ale ponieważ mitologia „siary” wciąż pokutuje w świadomości ludzi, to pozwólmy sobie na jeszcze jedno zapewnienie. – Uważam, że nasze wina nie są wcale gorsze od tanich win importowanych, w ktorych SO₂ jest na znacznie wyższym poziomie. Do win owocowych nie dodajemy siarki, pasteryzujmy je, jednak pozostałość po komunie, gdzie używano jej (siarki) w nadmiarze – pokutuje – wyjaśniają nam przedstawiciele Agropolu.

Ktoś zapyta: co więc tak strasznie smakuje? Odpowiedzmy pytaniem: ale czy naprawdę strasznie? Większość osób wygłaszających takie opinie ulega raczej własnym uprzedzeniom lub po prostu powtarza zasłyszane opinie. Owszem, smak polskiego „jabola” nie jest może subtelny, ale mimo tego wielu krytycznie nastawionych „wszystkowiedzących” mogłoby się poczuć zaskoczonymi po kilku łykach. Wina te są w większości łagodne w smaku, na ogół słodkie lub bardzo słodkie, rzadko można teraz natrafić na „ostry” produkt, przeciw któremu żołądek buntowałby się już po pierwszych kroplach. W gruncie rzeczy to, co najbardziej uderza, to nieco zwulgaryzowany posmak owoców, przywodzący na myśl… landrynki. Ale siarka, palący ogień, mdlący odór? Nigdy w życiu!

Czym właściwie jest obecnie swojski „jabol”? Niektórzy rozgłaszają, że sednem sprawy jest po prostu ordynarne mieszanie soku ze spirytusem, ale wcale nie wygląda to w ten sposób (nawet jeśli w dawniejszych czasach niektóre wytwórnie mogły stosować takie „dolewanie”). Z Agropolu dowiadujemy się, że: – Wina produkowane są na bazie soków owocowych – najczęściej jabłkowego (najtańszy). Mieszanki soku z alkoholem to inna akcyza (wyższa) i znacznie większe koszty – chyba nikt takich nie produkuje. Podobnie wypowiada się przedstawiciel Kamparexu: - Z tymi mitami byłbym ostrożny, nie mogę udzielać informacji za inne firmy, lecz w naszym przypadku jest to czysta fermentacja jabłek w oparciu o drożdże i cukier.

Obciążenia fiskalne – z akcyzą na czele – to zresztą jedna z większych plag dla tego biznesu. Państwo uderza, jak tylko może – przedsiębiorcy próbują się bronić. Uważni konsumenci zauważyli zapewne, że niektóre tanie wina występują obecnie jako „napoje alkoholowe na bazie piwa”. Brzmi to zabawnie, ale wcale nie wpłynęło negatywnie na jakość – a może wręcz przeciwnie. Co prawda nie doszliśmy do tego, jak faktycznie wygląda proces produkcji i w jakim stopniu bierze w nim udział piwo, niemniej nasza rozmówczyni deklaruje, że: „Znaczący udział składników słodowanych powoduje znacznie lepszy efekt jakościowy, a przy tym instrumentalne oddziaływanie aparatu fiskalnego (podatek akcyzowy) jest mniej uciążliwe”. Proszę bardzo – w ten sposób pomysłowość idzie w parze z korzyścią dla klientów. Z drugiej strony, Daniel Fintek z Kamparexu jest nastawiony sceptycznie do tej koncepcji: - Powstały napoje piwne, ale tylko dlatego, by producent mógł więcej zarobić (gdyż podatek akcyzowy nakładany na piwo jest dużo niższy niż na wino). Oszukując klienta, wlewając napój na bazie piwa w butelkę po winie, zarabiają na jego niewiedzy w kwestii tego, co pije – no chyba że doczyta i poczuje się oszukany.

Niestety, wydaje się, że wina wpadły – i to wiele lat temu – w pewną pułapkę, jaką jest określona nisza rynkowa. Z jednej strony to właśnie ta kulturowa specyfika, uwidaczniająca się choćby w przywołanych na początku artykułu nazwach, czyni je zjawiskiem odrębnym i godnym uwagi – z drugiej strony, to właśnie ona uniemożliwi im wejście kiedykolwiek „na salony” czy choćby na nieco wyższe półki w sklepach. W gruncie rzeczy to wielka tragedia tych sympatycznych napojów: trudno wyobrazić sobie co bardziej szacownych, bogatszych klientów (może poza garstką ekscentryków), proszących w sklepie o „Córkę Rybaka”, „Minusa Żołądkowego”, „Mocarnego Byka” czy choćby o dwa „Dzbany Leśne”. Z tego powodu trunki te pozostaną chyba domeną ludzi z klasy robotniczej, oszczędnych studentów, czy też ludzi, którym – brutalnie mówiąc – „znowu w życiu nie wyszło coś”. Problem w tym, że oni niekoniecznie potrafią wykrzesać z siebie tyle romantyzmu, by docenić nastrój i atmosferę towarzyszącą winom – ów zapomniany klimat rodem z dalekiej (?) Arizony…

Tak czy inaczej polski krajobraz, zwłaszcza krajobraz przedmieść i prowincji, straciłby wiele, gdyby ostatecznie wszystkie te legendarne napoje, opiewane przez punkowych muzykantów, zniknęły z rynku. Oczywiście można się obruszyć, że dla wielu ludzi konsumpcja win kończyła się kiepsko (zwłaszcza z biegiem lat), ale to samo można powiedzieć o każdej innej używce, zwłaszcza alkoholowej (z gorzałką na czele). Co za dużo to niezdrowo. Wystarczy się pilnować. Zwyczajnie, dobrze, tanio.

Henryk Kwiatek

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 2 , Średnia: 5.00 na 5.00)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł