Kanał Rss
Content
Wywiad z zespołem Robot House
23 sierpnia 2012

Robot House to Wrocławski zespół uparcie starający się uciekać od bycia zaszufladkowanym w konkretnym stylu tudzież formie. Zespół udzielił wywiadu w ramach luźnego spotkania przy grillu niedaleko Mostów Warszawskich.

Czy możecie się przedstawić i powiedzieć jaka jest Wasza rola w zespole?

Julia Kwietniewska: Jestem Julcia Kwietniewska i mam w zespole poważne funkcje ponieważ jestem jedyną dziewczyną, zatem prowadzę porządki, księgowość i zajmuję się kontaktami z mediami. Udzielam się głównie wokalnie, śpiewając wymyślone przeze mnie teksty. Czasami zagram na tamburynie. Czasem wymyślę melodię. Uważam się za ostatnie ogniwo w zespole, które nie ma za dużo wpływu na ostateczny kształt piosenki.
Krzysztof Birowski: Na imię mi Krzysiek i na nazwisko Birowski. Gram na gitarze, perkusji, basie, klawiszach, robię wokal i co tam jeszcze można sobie wyobrazić.

Szymon Smolak: Nazywam się Szymon Smolak. Moja rola nie jest do końca określona. Jestem bardzo uzdolnionym człowiekiem. Gram na trójkącie, cymbałach, perkusji, gitarze, basie i piszę teksty.
Marcin Kucharczyk: Jestem Marcin Kucharczyk i gram na gitarze basowej i gitarze elektrycznej.
Szymon Smolak: Bardzo mało istotna rola w porównaniu ze mną. [śmiech]
Marcin Kucharczyk: Może jeszcze dodam, że koncepcja zespołu jest taka, że członkowie zespołu zmieniają się na instrumentach, więc na przykład perkusista zamienia się z basistą bądź gitarzystą. To wszystko zależy od osoby, która wymyśliła kawałek. Czyli kawałki zawsze wymyślamy na gitarze elektrycznej (wiadomo) i wtedy są te konfiguracje – zależnie od osoby, która wymyśliła…
Szymon Smolak: …czyli jeżeli na przykład ja wymyśliłem kawałek na gitarze, to gram go na gitarze, a na perkusji jest wtedy Krzysiek. Jeżeli kawałek na gitarze wymyślił Marcin, to wtedy ja jestem na perkusji albo na basie itd.
Marcin Kucharczyk: Nie chcemy się ograniczać do jednego instrumentu. Każdy gra priorytetowo na gitarze, zaś inne instrumenty to dodatki.
Szymon Smolak: Dla mnie na przykład dodatkowe instrumenty to perkusja i bas.
Julia Kwietniewska: Aha, ja ostatnio poluję na niedrogą cytrę na allegro, żebym też miała do obsługi jakiś poważny instrument strunowy. Bo mikrofonu to nikt w tym zespole nie poważa.

Kiedy i jak rozpoczęła się Wasza przygoda z muzyką? Od jakiego czasu funkcjonujecie jako zespół Robot House?

Szymon Smolak: Grać zaczęliśmy jako bardzo młodzi ludzie gdy jeszcze w liceum wszyscy zaczęliśmy się uczyć grać na gitarze.
Julcia Kwietniewska: [w poważnym tonie] Projekt Robot House jest efektem przeszło 8-letniego, niezobowiązującego grania trzech przyjaciół: Marcina, Krzyśka i Szymona [śmiech]. Czyli to nie moje dzieło. Chłopaki znali się od podstawówki. Chcieli założyć zespół złożony wyłącznie z trzech gitar, ale to dopiero ja uzmysłowiłam im, że to są mrzonki i że muszą się przekwalifikować [śmiech]. Dopiero gdy ja przyszłam, to zaczęła być to muzyka wypuszczana w świat, a nie tylko przyjacielskie spotkania od czasu do czasu. Bo jednak gdy dochodzi wokal z jakimś konkretnym tekstem, to łatwiej zdefiniować, gdzie jest refren, a gdzie koniec piosenki. Samą członkinią jestem od dosyć niedawna.
Marcin Kucharczyk: Na poważnie, jako zespół Robot House, gramy od około 2,5 roku.
Krzysztof Birowski: Historia zaczęła się w garażu na ul. Damrota gdzie pogrywaliśmy sobie używając dwóch gitar i dwóch bębenków. Z biegiem czasu zarabialiśmy coraz więcej pieniędzy, więc mogliśmy sobie pozwolić na coraz lepsze instrumenty, aż w końcu zebraliśmy pełne wyposażenie muzyczne potrzebne do funkcjonowania jako normalny zespół.
Marcin Kucharczyk: Graliśmy na jakiejś tam perkusji zakupionej na pchlim targu, na małym piecyku do basu zakupionym na allegro za najtańsze pieniądze, jeszcze jakiś mały piecyk do gitary elektrycznej. Gdy zdecydowaliśmy się stać poważnym zespołem, to zaczęliśmy składać się z własnych oszczędności na jakiś lepszy sprzęt.
Szymon Smolak: Ja powiem, jak wyglądał nasz pierwszy sprzęt perkusyjny, który jest najdroższym elementem każdego zespołu, a przynajmniej powinien być. Były to bębny marszowe, duży i mały, które zostały zakupione za 60 złotych na bazarze. Z dużego zrobiliśmy centralę dokręcając go do deski i przytwierdzając go do tego cegłą. Z małego zrobiliśmy toma. Mieliśmy jeszcze high-hat i jeszcze mały werbelek. I tak wyglądała cała perkusja, która generalnie zamknęła się w koszcie 300 złotych. Przez około rok czasu robiliśmy na niej wszystkie kawałki.
Marcin Kucharczyk: Generalnie była bardzo kiepska.
Szymon Smolak: Dopiero gdy kawałki na niej powstały, to przenieśliśmy je na normalną perkusję.
Marcin Kucharczyk: Bez wdawania się w techniczne szczegóły: z początku graliśmy na mega-szmirowatym sprzęcie.
Szymon Smolak: Przez jakieś pół roku miałem jedną pałeczkę większą, drugą mniejszą.

Czy jest coś co Was inspiruje? Czy znajdujecie jakieś wzorce pośród innych zespołów?

Krzysztof Birowski: Inspirację czerpiemy przede wszystkim z przypadku. Nie stylizujemy muzyki świadomie na nasze ulubione zespoły, chociaż często czytamy różne porównania. Po prostu dużo improwizujemy i wymyślamy dużo rzeczy, z których wyławiamy co ciekawsze akordy i brzmienia. To takie poszukiwanie poukładanych elementów w chaosie.
Marcin Kucharczyk: Jeżeli chodzi o nas, to każdy, wiadomo, ma swój gust. Naszą pasją zawsze była muzyka, słuchanie muzyki różnych kapel – i zawsze tak po drodze to się łączyło między nami, że znajdowaliśmy te same zespoły, które nam się podobały. Ale oczywiście każdy słuchał też swoich kapel i każdy miał też swoje podejście do grania. I to właśnie jest fajne, że gdy już dochodzi do grania, to się wszystko ściera i wychodzi muzyka Robot House.
Szymon Smolak: To nie jest jednak tak, że gdy już dochodzi do grania to jedna osoba gra tak, a druga inaczej. Gdy już gramy, to gramy jednym sercem.
Julia Kwietniewska: Pewne wpływy z zewnątrz są nieuniknione, ale nie mamy jakichś bezpośrednich inspiracji.
Szymon Smolak: Inspiracje są gdzieś tam z tyłu, ale nigdy nie są na pierwszym miejscu. Nie mamy jakiegoś idola do którego chcielibyśmy się upodobnić. Wszystko robimy nieświadomie.


Jak zdefiniowalibyście Wasz styl? Czy możecie go opisać?

Szymon Smolak: Inny rock.
Krzysztof Birowski: Inny rock, którego nie słyszy się często w radiu.
Marcin Kucharczyk: Z naszej nieświadomej gry wychodzi nasz charakterystyczny styl, który ciężko zakwalifikować.
Szymon Smolak: W studiu nagraniowym zdarzyło nam się, że prowadzący nagranie zapytał się, jaki reprezentujemy styl. Było mu niewygodnie, bo wolałby nastawić suwaki pod konkretny styl: rock, folk albo metal… A my nie wiemy, jaki mamy styl. To, jaki mamy styl, dochodzi do nas dopiero później poprzez słuchanie opinii ludzi albo czytanie recenzji. Z drugiej ręki.
Julia Kwietniowska: Bez ironii powiem, że nawet lubię, jak w recenzjach się nas do czegoś przyrównuje, do stylu czy raczej innego zespołu. Poznałam dzięki temu kilka fajnych zespołów, których teraz słucham.


Czy macie jakiś zamierzony przekaz zawarty w Waszej muzyce?

Krzysztof Birowski: To już nie jest pytanie do mnie. Ja tylko gram na gitarze.
Julia Kwietniowska: Niektóre moje teksty są po polsku, inne po angielsku. Te po angielsku są ujęte w taki cudzysłów, w końcu wiadomo, że jestem Polką i śpiewam do Polaków. Takie puszczanie oka, że jesteśmy tacy „światowi”. W polskich piosenkach poruszam tematy bliskie: nasze miasto Wrocław, emocje jakie można odczuć na scenie. W angielskich piosenkach poruszam tematy bardziej wymyślone. Bardzo mądre teksty, które pisze inny członek zespołu, a jednocześnie mój chłopak, są jednocześnie podstawą treściową naszego zespołu. Są one tak dziwne, że wszyscy na nie zwracają uwagę.
Szymon Smolak: Przekazu nie ma. Bez popadania w paradoks, naszym przekazem jest to, żeby nie mieć przekazu. Nie gramy dla żadnej grupy, dla żadnej subkultury. Jeżeli to, co gramy na gitarze, wypływa nam spod palców to już tak po prostu zostaje. Jeżeli wymyślimy kawałek, który wydaje się bardziej funky, a nie bardziej alternatywny to zostaje. Cała nasza nadchodząca płyta to pokazuje, bo jest bardzo zróżnicowana.

Czyli nie macie konkretnego przekazu. Taka sztuka dla sztuki.

Szymon Smolak: Dokładnie. Dla samej radości grania. Jeżeli nam się podoba to co gramy to to gramy. Nie ma żadnych ograniczeń w tym stylu. Właśnie dlatego nazwaliśmy się „inny rock”. Inny rock jest pastiszem na indie rock, czyli na zamknięcie się w jakichś ramach. My tego nie chcemy.
Julia Kwietniewska: No ale też wiadomo, że ograniczeń nie da się uniknąć, choćby nie wiem jak człowiek chciał… Nie mogę powiedzieć, że śpiewam wszystko, co mi przyjdzie do głowy, czy raczej gardła – w końcu jestem wychowana na podziałach czwórkowych i skali ośmiotonowej. Coś z tego bezmyślnego przyzwyczajenia próbuję wyrugować, ale nie jest to łatwe. I też zazwyczaj spotyka się z niezrozumieniem, zarzutem nietrafiania w dźwięk, „łaszowania” po prostu [haha]. A i z tekstami trzeba się nagimnastykować – wiesz, jak ciężko nie zwracać się w piosence na „ty” do jakiegoś wyimaginowanego odbiorcy? „Idź już sobie, sama to zrobię” – to się artykułuje tak naturalnie, a przecież wcale nie mam nikogo na myśli w tym momencie! No tak, wynika z tego, że w tekstach też nie chcę mieć żadnego przekazu, personalnego przekazu w stylu „idź już sobie”.


Na koniec chciałbym się Was zapytać o Wasz debiutancki album który planujecie wydać? Czy jest on już gotowy? Kiedy premiera?

Krzysztof Birowski: Tak, album jest już gotowy. Wydanie płyty jest już sprecyzowane na 23 września. Pozostały tylko formalności pokroju wyprodukowania stosownego nakładu płyt, ale to już nie jest nasze zmartwienie, tylko producenta.


Dziękuję za rozmowę!

Pytania zadawał Konrad Łuszczki.

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 1 , Średnia: 5.00 na 5.00)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Targi Mother&Baby już za nami

Szanowni Państwo, Bardzo dziękujemy za udział w Targach Mother & Baby we Wrocławiu 2012. Targi odbyły się w dniach 18-19...

Close