Kanał Rss
Content
Wywiad z Dariuszem Zalewskim
22 maja 2012
Dariusz Zalewski jest propagatorem klasycznego modelu edukacji i wychowania. Prowadzi portal internetowy Edukacja Klasyczna – http://edukacja-klasyczna.pl
Pytania zadawał Adam T. Witczak.

 

Na początek proszę, by powiedział nam Pan kilka słów o sobie i o tym, co skłoniło Pana do zainteresowania się tematyką edukacji i wychowania.
Od kilkunastu lat zajmuję się upowszechnianiem tego, co nazywam „edukacją klasyczną”. Najpierw były studia, potem wykłady w Instytucie Edukacji Narodowej z Lublina. Od tamtej pory staram się upowszechniać myśli tomistycznych pedagogów katolickich (głównie o. J. Woronieckiego OP) czy rozpowszechniać pedagogiczne poglądy o. prof. Mieczysława Krąpca OP. Oczywiście jest to nieudolna kontynuacja i nie mam zamiaru w jakikolwiek sposób porównywać się do tych gigantów.
Z wykształcenia jestem pedagogiem (pracuję w szkołach średnich dlatego bardzo dobrze znam sytuację polskiej oświaty) Ot, wybrałem sobie pewne poletko i próbuję je uprawiać. Napisałem dwie książki na ten temat: „Wychować człowieka szlachetnego” oraz „Sztuka samowychowania”. Prowadzę bloga, gdzie na bieżąco publikuję swoje artykuły i kursy internetowe.

 

Czym właściwie jest „edukacja klasyczna”? Czy można mówić – w kontekście cywilizacji europejskiej – o jednym wzorcu, modelu klasycznej edukacji?
Edukacja klasyczna to pewien ideał kształcenia, który dominował na przestrzeni wieków na Zachodzie. Pomimo różnic dwie rzeczy były wspólne: 1) założenie, że człowiek potrzebuje „uprawy” przez kulturę (ew. paideę), 2) uprawa następuje przez formowanie sprawności, które nazywano cnotami.
Usprawnianie obejmowało umysł, wolę, popędy oraz ciało (sprawności fizyczne). Ogólnie mówiąc kształcono charakter i umysł. Specjalne znaczenie miało wychowanie religijne, które nadawało ludzkiemu życiu cel i tym samym sens. Tak usprawniony człowiek był przygotowany do życia i zdobywania wieczności.
W tym sensie można mówić o jednym ogólnym modelu kształcenia. Oczywiście sposoby dochodzenia do niego mogły być różne. Wynikało to z indywidualnych doświadczeń oraz złożoności natury ludzkiej, dlatego w metodologii wychowawczej różnice niekiedy były dość znaczne.

 

Na Pańskiej stronie mamy działy: „Pedagogia klasyczna” i „Pedagogika modernistyczna”. Pedagogia i pedagogika – skąd to rozróżnienie, które nie jest chyba „literówką”?
Pedagogia dla mnie łączy pewien realizm wychowawczy z praktyką i nawiązuje do dawnej paidei. Pedagogika z kolei to bardziej nauka, wiedza teoretyczna, w wielu przypadkach o zabarwieniu ideologicznym.

 

Czy pojęcia „edukacji klasycznej” i „modernistycznej” mają zastosowanie tylko w odniesieniu do cywilizacji europejskiej (zachodniej, łacińskiej)? Czy interesuje się Pan modelami edukacji i wychowania w innych cywilizacjach, innych kręgach kulturowych?
Bardzo ciekawe pytanie. Nie interesowałem się specjalnie doświadczeniami wychowawczymi w pozaeuropejskich cywilizacjach. Domyślam się, że w większości raczej dziecko traktuje się przedmiotowo. Na przykład spotkałem się z interpretacją, że metody wychowawcze preferowane przez Indian amerykańskich były „zgodne z naturą” i dlatego łatwo podczepiano je pod europejską tradycję pedagogiki Rousseau.
Na czym miało polegać to naturalne wychowanie Indian? Ot dzieciak pałętał się gdzieś po obozowisku taplając w błocie, a rodzice do pewnego momentu zbytnio się nim nie interesowali, aż do czasu gdy przechodził czas na inicjacje wojownicze.
Jednak skoro kilkuletnie dziecko mogło się pałętać wokół namiotów, bez zbytniego nadzoru, to z europejskiego punktu widzenia nazwano to wolnością w wychowaniu. Ja raczej mam wrażenie, że nie chodziło tu o wychowanie naturalistyczne, ale o to, że zwyczajnie nie zajmowano się dziećmi, bo miano inne zajęcia.

 

W „edukacji klasycznej” docenia się wagę systemu kar i nagród, dopuszcza się (oczywiście w pewnych granicach) stosowanie przymusu wobec podopiecznych – czy nawet „argument z autorytetu” (vide sugerowane w którymś miejscu przez Pana „Ja tu jestem od zadawania pytań”). Nie chcę powtarzać starych, liberalnych zarzutów, jakoby takie metody były „niehumanitarne” i okrutne. Rodzi się natomiast inne pytanie: czy surowe zasady, ucinanie dyskusji i wymuszanie posłuszeństwa nie będą skutkować frustracją ucznia i sytuacją w której co prawda dostosowuje się on do nakazów i zakazów, ale w głębi duszy skrywa w sobie stałą irytację i niechęć do opiekunów (nauczycieli, rodziców)? Taka sytuacja mijałaby się chyba (na dłuższą metę) z celem…
Zacytowany przed chwilą argument z mojego artykułu odnosił się do konkretnej sytuacji. Pisałem go zapewne w kontekście jednego z moich kursów internetowych, który dotyczył panowania nauczycieli nad młodzieżą gimnazjalną w szkole. Chodziło zatem o szczególną sytuację. Żeby opanować rozsierdzonych gimnazjalistów, trzeba stosować radykalne metody.
Z jednej strony dziecko to mikrokosmos, do którego trzeba docierać każdorazowo w indywidualny sposób. Z drugiej – istnieją pewne ogólne prawidłowości, które w zasadzie odnoszą się do natury ludzkiej. Jedna z nich mówi, że czym starsze dziecko tym bardziej należy odwoływać się do argumentów racjonalnych. Im młodsze – więcej zachowań trzeba wymuszać.
Jeśli coś narzucamy dziecku, to początkowo prawie na pewno nie zgodzi się ono z naszym stanowiskiem. Ale wypracowując sobie autorytet i wytrwale przekonując do swoich racji po pewnym czasie je zaakceptuje. Jeśli dodatkowo wymusimy powtarzalność określonych zachowań, to jest szansa, że z czasem wypracujemy konkretną cnotę.
Mamy zatem wybór: albo „dialogować” bez rezultatu, albo w początkowej fazie przymuszać, a później przekonywać racjonalnie do swoich racji? Odpowiedź narzuca się sama.

 

Lewicowi (liberalni, „postępowi”) krytycy tradycyjnych metod wychowania często twierdzą, że zabijają one myślenie czy też „krytyczną refleksję” na rzecz przyjmowania dogmatów. Jak to wygląda w rzeczywistości i czy nad każdym poglądem można i warto dyskutować?
Przyjmuje się łatwe, propagandowe założenie, że uczeń ma myśleć krytycznie. Ale żeby myśleć krytycznie muszą być spełnione dwa podstawowe warunki: powinien mieć wiedzę na dany temat oraz znać kryteria, wedle których ocenia dany pogląd czy zagadnienie.
Dzisiaj powszechnie przed uczniami stawia się zadanie, aby głośno wyrażali swoje opinie na dany temat i robią to (choć nie mają często pojęcia o czym mówią). Zakłada się, że wtedy uczą się krytycznie myśleć. Uczą się co najwyżej „demokratycznej paplaniny”. Uczą się, że każdy ma prawo powiedzieć największą głupotę w imię wolności. Ale dlaczego nazywa się to krytycznym myśleniem?
Powtarzam: najpierw solidna podbudowa intelektualna w danym temacie, a dopiero później możemy mówić o uczeniu krytycyzmu. Odwrócenie tego schematu jest albo przejawem świadomej manipulacji, albo rezultatem założeń filozoficznych (może jakieś odpryski po I. Kancie?).
Co do drugiej części pytania? Są oczywiście dogmaty religijne z którymi się nie dyskutuje. Ale jeśli chodzi o pozostałe spektrum ludzkiej wiedzy podlega ona krytycznej analizie. Nie znaczy oczywiście, że taka krytyka zawsze ma podstawy merytoryczne.
Dużo się dziś mówi o tym, że obecny model edukacji jest „mało praktyczny”, że niedostatecznie przygotowuje uczniów i studentów do wejścia na „rynek pracy”, że zasypuje ich „nieżyciowymi teoriami”, zamiast uczyć „konkretnych umiejętności”.
Pan do pewnego stopnia krytykuje to podejście, przeciwstawiając mu postulat wszechstronnej edukacji, w dużym stopniu opartej o wiedzę „humanistyczną” i lekturę klasycznych dzieł literatury czy filozofii. Z drugiej jednak strony jest faktem, że pracodawcy niespecjalnie wzruszają się czyjąś „wiedzą ogólną” i szerokimi horyzontami, wymagają natomiast biegłej obsługi tych czy innych urządzeń lub programów.
Jak więc pogodzić jedno z drugim, jak sprawić, by wyrastały nam pokolenia młodych ludzi, którzy z jednej strony mają ogładę i kulturę, a z drugiej – potrafią zorganizować sobie życie zawodowe?
W historii edukacji istniała pewna prawidłowość: wiedza zawodowa, użyteczna, przeznaczona była dla niewolników. Elity zawsze kształcone ogólnie, humanistycznie w nawiązaniu do trivium. Człowiek dobrze wykształcony był odpowiednio usprawniony intelektualnie (wiedza, mądrość, inteligencja ogólna), potrafił sprawnie myśleć i rozumiał rzeczywistość.
Umiejętność sprawnego posługiwania się językiem i racjonalnego myślenia wyróżniała go od zwierzęcia. Dlatego nauczanie retoryki było tak istotne!
Można oczywiście dyskutować czy taki rodzaj wykształcenia należy się wszystkim czy tylko elitom? Tak czy inaczej każdy człowiek musi usprawnić w ramach swoich możliwości umysł, opanować popędy, wolę, a dopiero potem uczyć się zawodu. Zakres kształcenia ogólnego, podstawowego może być dla różnych osób odmienny, zależny od ich predyspozycji intelektualnych, ale nie można go pomijać, czy lekceważyć.
Odwracanie tej kolejności, czy nawet większe akcentowanie „użyteczności”, to znaki rozpoznawcze tendencji niewolniczych w polityce oświatowej. Władcom demokratycznym zależy na obywatelach „uczących się praktycznych rzeczy”, bo oni nie rozumieją procesów społecznych, „gierek politycznych” , nie znając historii są łatwiejsi do manipulacji. Nastawieni na praktyczną, materialną stronę życia są także łatwiejszym łupem reklamiarzy.
Czy pracodawców nie interesuje wiedza ogólna? Być może rzeczywiście w wielu przypadkach tak jest, ale to tylko świadczy albo o lęku przed wykształconym pracownikiem i ich małostkowości, albo niezrozumieniu, że taki pracownik może być bardziej twórczy. Wiedza ogólna nie kłóci się z wiedzą kierunkową, techniczną. Ona daje podstawę do bardziej efektywnego wykorzystania wiedzy zawodowej. Człowiek bez większych horyzontów będzie tylko odtwarzał procedury, wykształcony będzie je udoskonalał, poprawiał. W tym znaczeniu pracodawcom powinno zależeć na takich ludziach.
Jak widać jedno nie wyklucza drugiego. Wykształcenie ogólne jest podstawą, daje odpowiedź na podstawowe pytania: o Boga, prawdę, dobro, ojczyznę, zaznajamia z procesami społecznymi, zawodowe – uczy jak żyć praktycznie, by zapewnić chleb sobie i swojej rodzinie.
W jednym z artykułów zajmuje się Pan kwestią chaosu i bałaganu w życiu codziennym (w pokoju, na biurku itd.), przeciwstawiając mu zbawienne skutki porządku i planowania. Zdaje się jednak, że istnieje pewien mit „bałaganiarskiego geniusza”, owego „fenomenalnego uczonego”, który egzystuje w nieprawdopodobnym bałaganie i niechlujstwie, paraduje w zaniedbanym ubraniu, jest ciągle roztargniony i oderwany od spraw przyziemnych – a jednak dokonuje niebywałych odkryć na polu tej czy innej nauki. Ile w tym sensu, a ile mitologii?
Świat współczesny lubi wszystko postawić na głowie. Zamiast hierarchii – równość; zamiast muzyki – jazgot, zamiast wyważonej mody – „tzw. odważne kreacje” albo inne wydziwianie. Na każdym etapie mamy różne elementy przeciwstawiania się „staremu”. Podmienia się wolność – samowolą, wyrozumiałość – tolerancją itd. Również w zakresie zewnętrznego i wewnętrznego uporządkowania naszego życia mamy coś w rodzaju apoteozy bałaganiarstwa.
Geniusz wedle tego modelu jest roztrzepany, zamyślony, niechlujny. Dlaczego? Można tutaj tworzyć jakieś naciągane uzasadnienia czy sięgać nawet do fizyki (teoria chaosu), żeby to usprawiedliwić. Ale tak naprawdę nie widzę powodu dlaczego geniusz musi być bałaganiarzem?
W jakim aspekcie bałaganiarstwo przyczynia się do jego geniuszu? Nie mogę dostrzec tu związku. Czy nie chodzi o to, że lenistwo w stosunku do spraw przyziemnych zostaje usprawiedliwione „wielkością umysłu”? Jeśli tak, to mamy tu taki „manicheizm w pigułce”: pamiętajmy, że „doskonali” mogli grzeszyć, bo byli „poza dobrem i złem”.
Porządek wokół siebie jest wymogiem ogólnej kultury ludzkiej, zasad dobrego zachowania itd. To nas odróżnia od świata zwierząt.
Nawiązując do poprzedniego pytania – istnieje także mit, jakoby cechą wszystkich lub prawie wszystkich wybitnych jednostek (przełomowych filozofów, reformatorów nauki i sztuki etc.) było łamanie przyjętych konwencji, zaburzanie schematów, odrzucanie tradycji, obalanie autorytetów itd. Czy w tym micie tkwi ziarnko prawdy? A może „działa” on tylko dlatego, że jego zwolennicy doszukują się znamion geniuszu u postaci, które być może wcale na to nie zasługują?
Nie da się zaprzeczyć, że wielcy ludzie łamią konwencję i burzą ustalone schematy. Odrobina nonkonformizmu zawsze przydaje się, aby ujrzeć dane zjawisko czy rzecz w nowym kontekście. Ale z drugiej strony mania burzenia do fundamentów znamionuje zazwyczaj rewolucjonistów. Istotą prawdziwego geniuszu, który popycha świat do przodu, jest budowanie na tym dobru, które zbudowali inni. Oczywiście są odkrycia naukowe, zmieniające sposób myślenia ludzkości o pewnych zjawiskach zjawiskach, ale generalnie zasada „zrównoważonego postępu” (!) powinna dominować w tym zakresie.
Jakie są perspektywy edukacji klasycznej? Czy sądzi Pan, że nastąpi – z tych czy innych przyczyn – powrót do jej wzorców, czy może w głównym nurcie edukacji nadal będzie dominować wychowanie bezstresowe, „neutralność światopoglądowa” oraz nastawienie na „konkretne, praktyczne umiejętności” bez „zasypywania zbędną teorią”?
To zależy. Jeżeli u władzy będą politycy o poglądach lewicowych, to nowomodna paplanina pedagogiczna będzie ciągle obecna w mediach oraz ustawodawstwie oświatowym i tym samym będzie hamowała powrót normalnych form wychowania. Jeśli politycznie nastąpi większe przechylenie w prawo dotarcie do ludzi z pewnymi ideami wychowawczymi może być łatwiejsze.
Tak czy inaczej jestem świadomy, że w warunkach demokratycznych politycznie nie da się wygrać zbyt dużo.
Jestem zdeterminowany, aby bezpośrednio docierać do różnych środowisk i poprzez nie oddziaływać na przykład na programy wychowawcze szkół.
W dłuższej perspektywie edukacja klasyczna wygra (choć być może jest to perspektywa kilkudziesięciu lat). Dlaczego? Bo modernistyczna pedagogika pomimo nawiązania do naturalizmu nie jest właśnie zgodna z naturą człowieka, źle go opisuje i stosuje fałszywe metody wychowawcze. Ludzie to widzą i już dziś np. „wychowanie bezstresowe” jest kompletnie skompromitowane.
Moderniści i postmoderniści budują na złych fundamentach, dlatego wcześniej czy później muszą przegrać.
Problem w tym ile w międzyczasie ludzi sprowadzą na manowce?

 

(przedruk za pismem “Młodzież Imperium” – nr 26)
SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Read previous post:
Spotkanie z ks. Mirosławem Drzewieckim

24 maja o godz. 18 w Klubie Muzyki i Literatury przy pl. T. Kościuszki 9 we Wrocławiu odbędzie się spotkanie...

Close