Kanał Rss
Content
Stonka i słodkości
18 października 2013

Na przełomie lat 40.i 50., mimo dotkliwych trudności życia codziennego, uparcie budowano ustrój szczęśliwy teoretycznie dla każdego, a praktycznie tylko dla wybrańców.  Na przekór tamtej rzeczywistości, przodownicy pracy i zwykli obywatele bawili się radośniej, kulturalniej i spontanicznej od dzisiejszych dyskotekowiczów.

Jedną z większych, a tym samym ulubionych atrakcji dostępnych dla każdego były liczne wesołe miasteczka. Obok obowiązkowych karuzeli, gabinetów luster, diabelskiego młyna i beczki śmiechu stał mocno wkopany kilkumetrowy drewniany słup. Na jego szczycie wisiało pęto kiełbasy i autentyczne pół litra czystej wyborowej. Za odpowiednią opłatą odważni mogli próbować wdrapać się na słup po łup. Z braku dodatkowych rąk do podtrzymania szczęśliwy zdobywca nie był w stanie wypić i zakąsić na wysokości, więc do konsumpcji dochodziło po ześlizgnięciu się na ziemię.

Wieczorami chadzały tzw. społeczne patrole i kontrolowały, czy i w których mieszkaniach pali się zbyt jasne światło. Wszystko wedle proletariackiego hasła „socjalistyczna ojczyzna oszczędza na ludziach i dla ludzi’’. Przymusowo zbierano puste tubki po paście do zębów i wciąż spontanicznie podejmowano zobowiązania do nowych osiągnięć w pracy i nauce. Z okazji świąt państwowych naukowcy musieli dokonywać znaczących odkryć. Liczyły się statystyki. Dzieci w przedszkolach – na pokaz – obiecywały wymalowanie większej liczby laurek, zaś jeden z zakładów pogrzebowych zasłynął uroczystymi zapowiedziami zwiększenia przerobu i wydajności.

Nachalnie uświadamiano obywateli, iż wstrętni imperialiści amerykańscy, chcąc zniszczyć nasze rolnictwo, zrzucają na socjalistyczne pola stonkę ziemniaczaną. Zatem ideologicznie wyszkolone społeczeństwo gromadnie, z pełnym poświęceniem, ruszyło na pola, aby szkodniki zbierać i dostać za to dyplomy i wyróżnienia w gazetkach ściennych. Kwitł nawet nielegalny handel słoikami wypełnionymi owymi chrząszczami. A dzisiaj czytamy i w telewizji widzimy, iż na świecie są ludzie, którzy zachwalają smażoną stonkę jako oryginalny przysmak!

Na urokliwym osiedlu Rędzin przyłączonym do Wrocławia w roku 1973 obok kilku zabytkowych obiektów stoją jeszcze ruiny pegeeru, w którym przyjmowano od ludności stonkę.  Ponoć konspiracyjnie rozmnażano tam owada, aby wykazać się rekordowymi zbiorami. A dziś kilku najstarszych mieszkańców osiedla, wśród chmar olbrzymich komarów, ale za to przy dużym piwie, z rozrzewnieniem wspomina tamte czasy i swoją młodość.

W latach gierkowskich słodkich podbojów dokonywał dzisiejszy nestor cukierników, niedawno obchodzący kolejne urodziny – Wincenty Wolak. Choć pochodzi z prawicowej rodziny, to właśnie w Święto Pracy 1972 z apolityczną pompą otworzył w Lubsku cukiernię. Równocześnie rozwiązał mu się – na szczęście – worek z dziećmi. W roku 1976 uruchomił lokal przy Drobnera 10, a potem filię aż w Kijowie. Obecnie arcymistrz zadowala  łasuchów przy Legnickiej. Nigdy nie odmawiał wsparcia  przy imprezach charytatywnych i wigiliach dla najuboższych. Od początku smakosze oblegali jego lokale i dlatego musiał przyjmować zapisy, tworząc własne, demokratyczne listy kolejkowe. A byli na nich zarówno partyjni jak i tzw. wrogowie ludu. Wniosek: dobry słodki wyrób  zaciera różnice polityczne i granice.

Notabene władze jakoś powinny uhonorować dzielnych przedsiębiorców, którzy w tamtym systemie zdołali przetrwać mimo ciągłego nękania ich kontrolami, mandatami i domiarami. Vide casus najsłynniejszych lodów „U Kruty” przy Świerczewskiego. Aczkolwiek dziś, w lawinowo rosnącym gąszczu unijnych dyrektyw, wcale nie jest łatwiej.

Wojciech Mach

 

 

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł