Kanał Rss
Content
Przerażający człowiek miasta
3 lipca 2012
Wraz z rozwojem wielkich miast, zwiększaniem się ich powierzchni i liczby mieszkańców, przyszły także rozliczne patologie, zwyrodnienia i paranoje, których ogniskami są właśnie metropolie – z ich dzielnicami nędzy, nocnym życiem, przestępczością i problemami gospodarczo-społecznymi. Rzecz jasna tylko w części przypadków winę za ponury stan rzeczy ponosi miasto samo w sobie – inaczej mówiąc, tylko niektóre problemy są konsekwencją samego istnienia wielkiego miasta. Wpływ na sytuację ma także mnóstwo innych czynników – obyczaje społeczeństwa, religia, ekonomia całego kraju, edukacja. Niemniej jednak miasto pozostaje centrum wszelkich zwyrodnień – na wsiach i w niewielkich mieścinach dużo rzadziej słychać o wybrykach kibiców-chuliganów, seryjnych mordercach-psychopatach, wojnach gangów, krwawych demonstracjach i zamieszkach, potężnym zanieczyszczeniu środowiska.

 

SODOM
Dlaczego zabijają? Żądza krwi. Niezaspokojony psychopata. Atak wampira. Co jakiś czas gazety pełne są podobnych nagłówków i tytułów. Dzieje się tak zawsze, gdy uderza złowrogi seryjny morderca. Seryjni mordercy, o nieraz swoiście fascynujących dziejach i osobowościach, na ogół uderzają właśnie w miastach. Oczywiste jest, że surowe prawo i sprawna policja są w stanie w dużej mierze sprostać nawałowi wandali, graficiarzy, narkomanów, złodziei samochodów, murzyńskich gangów – przykład takiego sprawnego działania mieliśmy kilka lat temu w Nowym Jorku, za czasów rządów R. Giulianiego. Burmistrz ten pokazał, że można sobie radzić z przestępczością, trzeba jednak traktować ją bez litości i przestrzegać prawa nawet w odniesieniu do takich drobiazgów jak graffiti, śmiecenie na ulicach czy obnoszenie się z głośno dudniącymi magnetofonami.

 

Ale nie można sobie poradzić do końca, wykorzenić jej całkiem – to oczywiste. Zawsze będzie istnieć ryzyko, że w ciemnej uliczce zaatakuje nas swojski dresiarz, że nasz samochód zostanie okradziony (lub, co gorsza, ukradziony). I zawsze w wielkomiejskim zgiełku będziemy mniej bezpieczni niż np. na spokojnej wsi. Taka jest specyfika metropolii – natłok ludzi z różnych sfer: stałych mieszkańców, emigrantów, przestępców, przyjezdnych, turystów, kieszonkowców.

 

Jeśli nie można sobie całkiem poradzić z przestępczością rabunkową, to tym trudniej usunąć raz na zawsze zagrożenie ze strony ludzi takich, jak: Kuba Rozpruwacz, Peter Kurten, Carl Panzram, Jeffrey Dahmer czy Javed Iqbal Mogul. Oni atakują bez racjonalnego powodu – rozpiera ich agresja, szaleństwo, zboczone potrzeby, kompleksy. Są okrutni, a zabijają na ogół nie dla rabunku, dla pieniędzy czy innego zysku materialnego – ich najważniejszym zyskiem jest perwersyjne zaspokojenie.
Bodaj pierwszym „nowoczesnym” serial killerem był osobnik o niewyjaśnionej do dziś tożsamości, w listach do londyńskich gazet podpisujący się jako Kuba Rozpruwacz. Zabrałem się za dziwki i będę je rozpruwał, dopóki mnie nie złapiecie – pisał do agencji prasowej Central News Agency 28 września 1888 roku. Przez kilka jesiennych miesięcy cały Londyn żył tą dziwną sprawą. Za „dzieła” Kuby uważa się powszechnie pięć (a najwyżej siedem morderstw) jakich dokonano wówczas na prostytutkach ze społecznego marginesu. Rozpruwacz atakował w ciemnych uliczkach, słabo oświetlonych gazowymi latarniami, bądź w zapyziałach norach tanich hotelików – w takim pokoiku znaleziono to, co zostało z Mary Jeanette Kelly, czyli zmasakrowaną głowę i wyprute trzewia. Po tej zbrodni morderstwa nagle ustały, a tożsamość mordercy i jego motywy są nie znane do dziś dnia. Teorii na ten temat było mnóstwo, niektóre bardzo ekstrawaganckie, inne podparte poszlakami i dość prawdopodobne.
Ale Kuba nie był rzecz jasna ostatnim. Wiek XX przyniósł nam całe mnóstwo seryjnych morderców, z których wielu straszyło na ulicach wielkich miast. Złowrogi Peter Kurten mordował w Dusseldorfie, ostatecznie skazany został za dziewięć udowodnionych morderstw (było ich zapewne dużo więcej). Z kolei Jeffrey Dahmer w swoim mieszkaniu w Milwaukee stworzył swoiste muzeum, w którym dla własnego użytku przetrzymywał eksponaty, będące przetworzonymi resztkami jego ofiar. Policjanci odkryli kawałki mięsa ludzkiego w lodówce, ściętą głowę, niemal kompletny szkielet, pomalowane czaszki, gnijące zwłoki w beczkach. Dahmer swoje ofiary sprowadzał do mieszkania na ogół z gejowskich knajpek rozsianych po mieście. Jak wielu innych morderców wykorzystywał to, że w wielkiej metropolii mało kto zauważy zniknięcie jakiegoś homoseksualisty z marginesu społecznego, a sprawa szybko ucichnie.
Specyfikę wielkomiejskiego zgiełku i anonimowości w szczególny sposób wykorzystał Fritz Haarman, działający w Hanowerze na początku lat 20-tych XX wieku. Były to czasy niespokojne – kryzys gospodarczy w powojennych Niemczech, trudności z zaopatrzeniem w żywność, monstrualna inflacja, obecność sierot i wdów po żołnierzach poległych na froncie, niepewna sytuacja polityczna – to wszystko umożliwiało Haarmanowi bezkarność, zwłaszcza że miał układy z policją.
Do Hanoweru przybywały niezliczone pociągi z uciekinierami. Haarmann bywał częstym gościem na dworcu, gdzie rozglądał się uważnie i wśród tłumu zdezorientowanych przybyszów wypatrywał młodych chłopców (jak wyznał później, stawiał też pewne wymagania co do ich wyglądu i urody). Upatrzonym ofiarom proponował nocleg i pomoc w znalezieniu pracy w obcym mieście. Odnosił się do nich tak serdecznie i życzliwie, iż rzadko zdarzało się, by spotkał się z odmową. Co więcej, jeśli taki chłopak przybył do Hanoweru z rodzicami, sami namawiali syna, by skorzystał z nadarzającej się okazji.* Fritz Haarman był nader przedsiębiorczy – taki młody chłopiec po śmierci (do której zabójca wraz ze swym kompanem szybko doprowadzali) był ćwiartowany i co bardziej wartościowe części jego ciała trafiały na czarny rynek miasta jako mięso. Resztę zwłok wrzucano do rzeki. Haarman długi czas korzystał zarówno z tego, że był policyjnym konfidentem jak i z faktu, że w pogrążonym w chaosie mieście, gdzie pełno było przestępczości najróżniejszego rodzaju, łatwiej było o bezkarność.
Również w Polsce mieliśmy seryjnych zabójców, a przykładem takiego wielkomiejskiego upiora może być dogłębnie zdeprawowany nastolatek Karol Kot, który w latach 60-tych XX wieku grasował po Krakowie, napadając głównie na dzieci i staruszki i budząc grozę w całym mieście.
Jak pisze Shirley Lynn Scott: W dwudziestym wieku niepokój miast trwa rodząc zarówno mordercę, jak i ofiarę. Seryjni mordercy mogą łatwo łowić ofiary spośród “zapomnianych”: uciekinierów z domu, prostytutek, narkomanów i dotkniętych ubóstwem. Ale rzecz jasna perwersyjni zbrodniarze pokroju Eda Kempera, Kurtena czy Mogula nie są jedyną zmorą wielkomiejskiego życia. Na dobrą sprawę uaktywniają się raczej rzadko. Znacznie częściej mamy do czynienia z przestępczością zorganizowaną.
Alphonso Caponi znany był bardziej jako Al Capone, a także Scarface – określenie to odnosiło się do blizny na jego twarzy. Chyba każdy słyszał kiedyś jego nazwisko – słynny Al Capone stał się po śmierci kolejną ikoną popkultury i to bardziej nawet niż opisywani wcześniej seryjni mordercy. Al urodził się w roku 1899 i pochodził z rodziny włoskich emigrantów, nie dane mu było osiągnąć jakiegoś specjalnego wykształcenia, więc szybko ruszył w kierunku zgoła przeciwnym do tego, który zgodny jest z prawem i moralnością. W stosunkowo krótkim czasie zdołał sobie wyrobić wysoką pozycję w gangsterskim półświatku i zaczął budować prawdziwe imperium przestępczości. Szczególnie przypadła mu do gustu prohibicja – wprowadzony w latach 20-tych w USA zakaz handlu alkoholem i używania go. Oczywiste, że nielegalny handel dawał ogromne zyski, więc gangsterzy szybko zajęli się tym procederem. Handel alkoholem, kradzieże i rabunki, prostytucja, hazard – wszystkim tym kierował Capone. Miał także swoich siepaczy, których najsłynniejszym występem była słynna masakra w dzień Świętego Walentego w roku 1929 – najokrutniejsza bitwa gangów w tamtych czasach.
Al Capone interesuje nas dlatego, że niemal cała jego działalność była nierozerwalnie związana z ponurym, podziemnym życiem amerykańskich metropolii, w tym wypadku szczególnie dotyczyło to Chicago. Capone utrzymywał całe rzesze skorumpowanych policjantów, był praktycznie bezkarny, co daje pojęcie o tym, jak bardzo zdeprawowani byli stróże prawa. I nie tylko oni, bo wielkiemu Alowi nikt nie próbował się przeciwstawić, a jeśli nawet – to marnie skończył. Capone wychował się w nędznych dzielnicach i spora część jego biznesu obracała się właśnie wokół takich miejsc i środowisk społecznego marginesu. Zarabiał krocie na domach publicznych i knajpkach, w których potajemnie serwowano alkohol. Rzecz jasna nic nie trwa bez końca – Capone został w końcu postawiony przed sądem i choć wszyscy wiedzieli o jego zbrodniach, to zdołano mu udowodnić jedynie oszustwa podatkowe. Tak czy inaczej, jego kariera legła w gruzach.
Nie zmienia to jednak faktu, że zorganizowana przestępczość i mafia jest zmorą wielkomiejskiego życia. Właściciele barów i sklepów zmuszeni są płacić haracze, banki nie czują się bezpiecznie, podobnie jak ludzie majętni, lokujący pieniądze np. w dziełach sztuki. Złodzieje, płatni zabójcy i oszuści nie próżnują, a często są powiązani właśnie mafijną siecią. Mówi się wszak o mafii pruszkowskiej, o gangach wołomińskich. W skrajnych przypadkach zdarza się, że przestępcy „trzęsą” całym miastem, trzymają w garści urzędników i burmistrzów. Prawda jest taka, że można z tym walczyć i da się to robić, a przyczyną nie jest taka czy inna liczba mieszkańców miasta, niemniej jednak zauważyć można, że im miasto większe i bardziej zaludnione, tym większa przestępczość. Warszawa płonie, Warszawa się wykrwawia, ucieka w panice skorumpowany rząd / nikt nie panuje już nad sytuacją, to dzikie miasto, to jest Wschodni Front** – taką apokaliptyczną wizję przedstawiał zespół Dezerter w piosence „Wschodni Front”.
Zanieczyszczenie środowiska, tj. powietrza, wody pitnej, gleby i roślinności jest dla mieszkańców wielkich aglomeracji problemem równie ważnym co przestępczość. Niebo ponad przemysłowymi miastami nieraz przybiera nocami zastanawiające barwy, niewiele mające wspólnego z rozgwieżdżonym niebem, które można obserwować na górskich szczytach. Powietrze jest ciężkie, pełne pyłów, często cuchnące. Do tego dochodzi wszechobecny hałas – jazgot samochodów, pociągów, ludzkich tłumów, dźwięki z placów budowy i muzyka sącząca się ze sklepów i restauracji.
Spójrzmy na sowieckie miasta-molochy, które wyniszczały przez lata syberyjską przyrodę, a teraz wyniszczają same siebie, powoli dogorywając. Wielkie inwestycje państwowe, plany wieloletnie, urojone w głowach wszystkowiedzących planistów. Dziś w wielu sowieckich miastach ludzie umierają i chorują na nowotwory spowodowane nadmiarem pyłów i gazów, niezdrową wodą i skażonym pożywieniem (np. zanieczyszczonymi roślinami). Wysycha Jezioro Aralskie, a wiatr rozwiewa dookoła jego szkodliwe pyły.
Ale przecież nie tylko były ZSRR cierpi na degenerację naturalnego otoczenia. Spójrzmy choćby na Polskę – w wielu miastach wodę z kranu trzeba kilkukrotnie przegotowywać, z rur cieknie bowiem jakaś nader podejrzana ciecz. Na przedmieściach (i nie tylko) straszą nas dymiące kominy fabryk i zryta, zniszczona ziemia, a w centrach – mnogość dymiących pojazdów i wszechobecny zgiełk. Do tego dochodzi także brak komfortu psychicznego – zwłaszcza, jeśli mieszka się w monotonnie szarych, spękanych i brudnych blokowiskach, będących idealnym miejscem dla społecznego rozkładu.
Można więc skonstatować, że w naszych czasach życie w wielkim mieście jest po prostu niezdrowe, a w każdym razie dużo mniej zdrowe od mieszkania gdzieś poza nim – w miejscach bliższych naturze i przyrodzie.
Jak często słyszymy, że ktoś chce odpocząć na wsi, na daczy czy w górach, jak często ktoś mówi nam, że lekarz polecił mu wybrać się na łono przyrody, na prowincję. Prawda jest taka, że egzystowanie w wielkiej metropolii dla wielu ludzi (nie dla wszystkich, rzecz jasna) jest po prostu nie do zniesienia. Lęk przed przestępczością, nasilające się depresje, klaustrofobie i agorafobie, ciągły pośpiech, nie dający zmrużyć oka w nocy wandale, kibice i pijacy, wreszcie to zdegenerowane powietrze i zgiełk – wszystko to skutecznie przemawia za wyprowadzaniem się poza miasto. Nie wszędzie, niemniej jednak w wielu miejskich ośrodkach (w niektórych już od dawna) można zaobserwować charakterystyczne zjawisko – co zamożniejsi mieszkańcy coraz częściej żyją w jednorodzinnych domach na tzw. suburbiach, czyli przedmieściach. Innymi słowy, uciekają z centrum.
Mówi się też w ostatnich latach sporo o tzw. kryzysie śródmieścia. Dzielnice centralne miast podupadają, a miejsce zamożnej, wykształconej ludności zajmują nowi imigranci, np. Latynosi i Murzyni – żyjący najczęściej albo z dorywczych prac (często na czarno) nie wymagających wykształcenia, albo po prostu egzystujący na garnuszku państwa opiekuńczego. Nie trzeba dodawać, że dochodzi jeszcze taka forma zarobkowania, jak wszelkiego rodzaju działalność przestępcza.
Podsumowując: wielkie miasto to nie tylko perspektywy, pieniądze i rozrywka, ale także wszelkiego rodzaju patologie społeczne, które mają co prawda różne źródła (np. kiepski system gospodarczy, słaby wymiar sprawiedliwości i policja, generalny upadek obyczajów), ale w ruchliwych metropoliach znajdują idealne warunki do rozwoju. W polskich realiach dotyczy to szczególnie tzw. bloków, które to stały się ostatnio tematem modnym w mediach i analizach rozmaitych socjologów. Wielkie miasta tętnią całym tym podskórnym brudem, który boimy się zwalczać – a szkoda, bo możemy kiedyś poczuć się zaskoczeni tak jak zapewne mieszkańcy biblijnej Sodomy i Gomory. Jak mówi piosenka: Zamknięci w betonowych pudełkach / Czekamy na powolny rozkład naszych ciał / Naświetlani promieniami z betonowych ścian / Czekamy, czekamy, czekamy, hyy hyy hyy.***
FUTURAMA
Co prawda zamieściłem w tej pracy osobny rozdział traktujący o motywie wielkiego miasta w sztuce i literaturze, ale w odniesieniu bądź do współczesności, bądź do przeszłości – np. wieku dziewiętnastego. Co jednak z przyszłością, z wizjami rozwoju (albo upadku…) wielkomiejskiej cywilizacji? Do analizowania tych zagadnień, do fantazjowania, przewidywania i ostrzegania, przeznaczona jest w szczególności literatura science-fiction. Znajdujemy w niej mnóstwo intrygujących wizji przyszłości wraz z rozlicznymi problemami i paradoksami, które mogą wyniknąć jako konsekwencje naszych obecnych działań. Nietrudno więc domyślić się, że także obrazy wielkich miast powracają nader często w twórczości autorów fantastyki. Warto bliżej zająć się tym zagadnieniem, bo za pomocą fantastycznego kostiumu można nie tylko bezmyślnie fantazjować o supermenach i kosmonautach, ale także rozwijać przesłanie nie gorsze od tego z tzw. literatury głównonurtowej.
W starych utworach fantastycznych (których nie można raczej zaklasyfikować do literatury science-fiction) na ogół spotykamy wizje miast idealnych, niespełnionych utopii, których przykładem może być choćby Miasto Słońca Tomasza Campanelli. W twórczości H.G. Wellsa, która jest już znacznie bliższa dwudziestowiecznej literaturze fantastyczno-naukowej możemy znaleźć opis Ziemi w nader odległym roku 800 000. Są więc piękni, młodzi i… słabi Elojowie, egzystujący wśród powoli zarastających ruin starej cywilizacji i brudni, okrutni Morlokowie – potomkowie upodlonych, proletariackich warstw (co tu się dziwić takiemu przedstawieniu sprawy – Wells był wszak zdeklarowanym socjalistą), atakujący od czasu do czasu Elojów. Morlokowie żyją w mrokach podziemnych korytarzy, a Elojów porywają w celu pożywienia się ich ciałami. Mamy tu więc wizję głęboko pesymistyczną i w dużej mierze przerażającą.
Zanim przejdziemy do złotego wieku science-fiction (lata 40-te i 50-te) wspomnijmy jeszcze przez chwilę o autorze ostatnio bardzo modnym – J.R.R. Tolkienie. Jego książki (Hobbit, Władca Pierścieni) mogą być rozpatrywane na wielu różnych płaszczyznach, nas jednak interesuje tu fakt, że Tolkien nie cierpiał przemysłowego, konsumpcyjnego społeczeństwa swych czasów. Powieści fantasy były więc dla niego zapewne środkiem ucieczki od otaczającego go brudu i wyrazem tęsknoty za przyrodą, naturą, rozległymi przestrzeniami. W takiej wiejskiej okolicy się wychował i wspominał o niej z tęsknotą przez całe życie, z niechęcią odnosząc się do dymiących fabryk i huczących silników.
Po tej dygresji wróćmy do naszego głównego wątku – fantastyki naukowej. W dwudziestowiecznej science-fiction nader często możemy się zetknąć z miastami sterylnymi, zmechanizowanymi i zautomatyzowanymi, istniejącymi w dalekiej przyszłości albo na Ziemi, albo w kosmosie, na innych planetach. Takim gigantycznym miastem, liczącym czterdzieści miliardów mieszkańców, jest planeta Trantor z Fundacji Izaaka Asimova – stolica Imperium Galaktycznego, niemal całkiem zabudowana i bardzo gęsto zaludniona. Z kolei w powieści Miasto i gwiazdy Arthura C. Clarke’a mamy wizję naszej planety za miliard lat – morza wyschły, góry rozsypały się, a pod szczelną kopułą trwa Diaspar – wieczne miasto, sterowane niemal wyłącznie przez komputery i automaty, miasto w którym niemal nie trzeba pracować, a technika jest nieprawdopodobnie rozwinięta. Ale Diaspar nie rozwija się – jego mieszkańcy są gnuśni i przed milionami lat porzucili istniejące niegdyś pomysły kolonizacji kosmosu. Sytuacja zmienia się dopiero za sprawą głównego bohatera, który przy okazji odradzania podróży kosmicznych natrafia na drugie miasto – Lys, które jest osadą rolniczą, bliższą przyrodzie i naturze.
W znacznie bliższą przyszłość wybiegał Robert Heinlein w swojej powieści Luna to surowa pani. Książka ta jest o tyle istotna i wybitna, że w nader plastyczny i szczegółowy sposób przedstawia koncepcję wolnego miasta, funkcjonującego bez tradycyjnego rządu w oparciu o zasady libertarianizmu i miejscowych zwyczajów. Przy tym takie wolne miasta funkcjonują nie gdzie indziej, jak na Księżycu, i to pod jego powierzchnią. Podziemne miasta mamy także w Caves of Steel Asimova, którą to powieść po polsku znamy jako Pozytronowy detektyw (tłumaczenie tytułu nader swobodne). Można jednak oderwać się od powierzchni i latać w kosmosie – również i wizja miast podróżujących w kosmosie znajduje się w bogatym dorobku autorów fantastyki naukowej.
Posępna wizja upadku cywilizacji znajduje się w Cylindrze Van Troffa polskiego autora Janusza Zajdla. Możemy tam znaleźć opis mrocznego miasta zaludnionego przez watahy wandali i garstkę naukowców, w spokoju oczekujących ostatecznego końca. Drugie miasto opisane w tej powieści mieści się na Księżycu i również ono nie jest wielką nadzieją dla ludzkości – w stalowych korytarzach egzystują tam osłabieni i zdegenerowani Lunacy, nie przedstawiający sobą żadnych wybitnych cech.
Miasto jest także tłem dla wyczynów komiksowego Batmana i to tłem bardzo istotnym, bowiem Batman z zapamiętaniem penetruje mroczne zakamarki Gotham City. Samo Gotham jest futurystyczną wizją zdeprawowanego i zanieczyszczonego Nowego Jorku – pogrążone w półmroku, targane korupcją i przestępczością, ale mające choć tyle szczęścia, że to właśnie tam objawia się mściciel krzywd – Batman. Niestety, nie wydaje się, żebyśmy my – mieszkańcy współczesnych metropolii – mieli aż takiego farta.
Mroczny obraz wielkiego miasta znajdujemy także w filmie Blade Runner, który powstał na podstawie powieści Philipa Dicka pt. Czy androidy śnią o elektronicznych owcach? Wśród wieżowców krążą latające pojazdy, a w ciemnych uliczkach znajduje się raj dla handlarzy narkotyków i sztucznych organów. W dodatku w mieście żyją nie tylko ludzie, ale także sztuczne zwierzęta (główny bohater posiada taką tytułową owcę) oraz androidy (rodzaj robotów), niemal nieodróżnialne od ludzi i uważane przez nich za zagrożenie.
Co ciekawe, miasto przyszłości pojawia się także w grach komputerowych. Wspomnijmy choćby Quarantine, gdzie grający prowadzi zdezelowaną, ale uzbrojoną taksówkę i rozwozi klientów po zwariowanym mieście zaludnionym przez bandytów, prostytutki i włóczęgów. Bliższe naszym czasom jest Grand Theft Auto, ukazujące współczesne miasto, jednak w atmosferze degeneracji posuniętej do ostateczności – po ulicach rozbijają się samochodami psychopaci, złodzieje i płatni zabójcy, a ciągłe strzelaniny zdążyły się już wtopić w miejski krajobraz. Zupełnie inna wizja miasta pojawia się w grze City of Lost Children (na podstawie filmu pod tym samym tytułem), gdzie wraz z główną bohaterką poznajemy mroczne tajemnice pewnego smutnego, dziwnego miasta, przesiąkniętego oniryczną, a nawet surrealistyczną atmosferą i specyficznie melancholijnym nastrojem z pogranicza fantazji i rzeczywistości.
Wyolbrzymione miejskie patologie społeczne pojawiły się swego czasu także w opowiadaniu FreeFootball Mieszka Zagańczyka. Mamy tam iście obłąkańczą wizję niedalekiej przyszłości, w której słynni piłkarze giną podczas brutalnych meczy, a na ich miejsce wstawiane są kolejne klony, podczas gdy fani drużyn piłkarskich rozbijają się po mieście czołgami z wojskowego demobilu, a policja strzela do nich ostrą amunicją i rakietami prosto z opancerzonych helikopterów.
Na długo przed Zagańczykiem brytyjski autor (co ważne – ceniony również poza gettem fantastyki) Anthony Burghess wpisał się na trwałe w kanon literatury dark future swoją powieścią Mechaniczna Pomarańcza (Clockwork Orange). Dzieło to było eksperymentem zakrojonym na szeroką skalę – napisane futurystycznym slangiem złożonym z mieszanki angielszczyzny i rusycyzmów (tak to sobie wykoncypował autor za czasów Zimnej Wojny) przedstawia czytelnikom szokującą wizję przyszłości – nie tak znów odległej. Po miastach grasują mordercze bandy nastolatków, nie uznających żadnych norm moralnych. Są oni całkiem bezkarni, a jednym z ich największych przywódców jest nasz główny bohater – o tyle perwersyjny, że swoje amoralne okrucieństwo na ulicy łączy z eleganckim strojem (biały garnitur, melonik, laseczka) i zamiłowaniem do muzyki Beethovena. Mechaniczna Pomarańcza bardzo silnie podziałała swego czasu na czytelników, a filmowa ekranizacja Stanleya Kubricka (często cenzurowana lub wręcz zakazana ze względu na sporą dawkę przemocy) wywarła wielki wpływ na rodzącą się wówczas subkulturę skinheads. Do dziś wiele kapel z gatunku oi/street punk ma w swoim repertuarze utwory o wymownych tytułach Clockwork Orange lub Mechaniczna Pomarańcza (ten drugi tytuł nosi m.in. jeden z utworów polskiego Ramzes & The Hooligans). W ten oto sposób pokazaliśmy przy okazji, jak dziwne bywają relacje łączące różne dziedziny sztuki – od awangardowej, eksperymentalnej prozy przeszliśmy do głębokiego podziemia ulicznej muzyki rockowej.
Jak widać, autorzy literatury fantastycznej bardzo często raczą nas wizjami miast przyszłości. Takie miasto może służyć tylko jako mniej lub bardziej zarysowane tło dla przygód bohaterów, ale bardzo często jest tak, że to właśnie bohaterowie są tylko pretekstem do szczegółowego opisania miejsca akcji – czyli interesującej nas metropolii. Pomysły autorów fantastyki naukowej są zaiste niewyczerpane, co jednak nie znaczy wcale, że dziecinne lub absurdalne. Smutny jest fakt, że wielu odbiorców nie zaznajomionych z science-fiction podchodzi do sprawy nader niefachowo, z lekceważeniem spoglądając na „mrzonki” i „dziwactwa” fantastów. Tymczasem fantazjowanie na temat przyszłości ma swój głęboki sens – nie jest bowiem tylko czczym rojeniem, ale także formą ostrzeżenia czytelników przed konsekwencjami negatywnych działań współczesnych ludzi. Jest to więc próba oddziaływania na teraźniejszość, próba ukazania dokąd podążamy i co z tego kiedyś wyniknie, a w każdym razie – może wyniknąć.
STRATEGIES AGAINST ARCHITECTURE
“Strategie przeciw architekturze” – dziwny tytuł tego rozdziału, poświęconego artystycznemu przedstawieniu wielkomiejskiego zgiełku, zaczerpnąłem z twórczości zespołu muzycznego Einsturzende Neubauten, a konkretnie – płyty „Strategies against architecture”, wydanej w roku 1984 nakładem wytwórni Mute. Einsturzende Neubauten – co na polski tłumaczy się jako Obalanie Nowych Budowli (prowokacyjnie, nieprawdaż?) – to muzyczny projekt powstały w 1979 roku na fali rewolty muzyki industrialnej. Wczesna twórczość EN była majstersztykiem hałasu blaszanego złomu, który miał oddawać posępny i niespokojny nastrój życia w wielkich aglomeracjach miejskich, całą wielkomiejską paranoję i zagubienie ludzi cywilizacji przemysłowej. Z całą pewnością nie każdy strawi muzykę tego zespołu, zwłaszcza jeśli mówimy o pierwszych płytach. Dość powiedzieć, że na wydawnictwie „Kollaps” Blixa Bargled i jego ludzie zastosowali tak ekstrawaganckie instrumenty, jak młoty pneumatyczne, blaszane beczki, sprężyny itp. Niektórych może więc zniechęcić już chociażby specyficzny początek takiego utworu, jak np. Steh auf Berlin, – solo „zagrane“ na czymś w rodzaju świdra lub wiertarki. Ale gdzieś w głębi tego wszystkiego kryje się specyficzny, bolesny nastrój dekadencji.
Einsturzende Neubauten nie był ani jedynym, ani pierwszym zespołem industrialnym (choć jednym z pierwszych). Początki tego gatunku leżą w Wielkiej Brytanii, gdzie kilka lat przed EN narodził się projekt Throbbing Gristle, który swoim sloganem reklamowym uczynił hasło „Industrial music for industrial people” – „Przemysłowa muzyka dla przemysłowych ludzi”. Twórcy spod znaku industrialu poddawali (poddają) zdecydowanej krytyce sytuację, w jakiej znalazła się cywilizacja tzw. Zachodu. Aby zadośćuczynić wszelkim archiwistom i badaczom wymieńmy takie projekty (anty)muzyczne jak choćby: Laibach, Cabaret Voltaire, Psychic TV, Merzbow, Genocide Organ, The Haters, Killer Bug czy Whitehouse. Poszarzałe, monotonne rytmy i pulsacje znakomicie oddają nastrój zmęczonych i zagubionych mieszkańców miast, zresztą równie dobrze jak dekoncentrujące salwy hałaśliwego, chaotycznego szumu, czy plądrofoniczne eksperymenty z dekonstruowaniem hitów popularnej muzyki rozrywkowej.
Oczywiste jest, że użycie motywu wielkiego miasta jako motywu przewodniego w dziele sztuki nie zaczęło się wraz z muzyką industrialną. Ani nie oni zainteresowali się tym jako pierwsi i jedyni, ani też ich spektrum zainteresowań nie ograniczało się tylko do wielkomiejskich paranoi.
Cofnijmy się w czasie aż do wieku XIX. Już wtedy angielski pisarz Karol Dickens z właściwym sobie realizmem (nieraz bardzo bolesnym) opisywał życie ubogich warstw angielskiego społeczeństwa, mieszkających w posępnych dzielnicach przemysłowych miast. W powieściach takich, jak: Oliver Twist, David Copperfield, Nicholas Nickleby, Klub Pickwicka, przedstawiał wiele ówczesnych problemów – ubóstwo, pijaństwo, prostytucję, brak edukacji, brak higieny. Nie można jednak zapomnieć także o tym, że do wielu swych postaci (zwłaszcza głównych bohaterów – bardzo często nieszczęśliwych dzieci) Dickens odnosił się z sympatią i choć często przedstawiał zło, to jednak nadal nie tracił głębokiej nadziei na możliwość zmiany panującego stanu rzeczy. Pisarz ten był zwolennikiem edukowania mas społecznych i prowadzenia działalności filantropijnej. Na dobrą sprawę on sam był przykładem, że w ówczesnych czasach dało się wybić z najgorszego nawet dna – startował bowiem jako ubogi syn nieudacznego ojca, więzionego za długi, a skończył jako jeden z najbardziej cenionych pisarzy swej epoki.
Tyle o Dickensie, czas przejść dalej – i będzie to duży skok, albowiem przenosimy się do Europy w pierwszej ćwierci dwudziestego wieku i natrafiamy tam na krąg awangardowych artystów, zwących siebie futurystami.
Futuryzm wyrósł z fascynacji niespotykanym wcześniej rozwojem techniki i cywilizacji przemysłowej, jaki dokonał się w wieku dziewiętnastym i wciąż trwał w rodzącym się dopiero wieku dwudziestym. Młodzi artyści, tacy jak Marinetti, Russolo, w Polsce – Jasieński i Młodożeniec – z nieskrywaną odrazą odnosili się do tradycyjnej sztuki europejskiej, którą odbierali jako statyczną, melancholijną i niezdolną do ukazania nowych czasów. Marinetti w swym manifeście zalecał uwolnić Włochy „od gangreny bibliotekarzy” i odrzucić niemal całą przeszłą sztukę, a przynajmniej nie stosować jej środków wyrazu w dwudziestym stuleciu. Futuryści twierdzili, że ich działalność artystyczna znakomicie odzwierciedla postęp technologiczny, atmosferę zmechanizowanego przemysłu, wielkie rzesze ludzkie i rewolucje, słowem – pęd, szybkość, siłę, przemoc. Sztuka miała być całkiem zmieniona – w plastyce przeważać winny abstrakcyjne kompozycje oddające ruch i kolorowe szaleństwo; w poezji – dowolność w konstruowaniu wierszy, swobodne posługiwanie się słowami, tworzenie neologizmów, prowokowanie tematyką; w muzyce – hałas. Twórca futurystycznej muzyki, Luigi Russolo, skonstruował nawet nowe instrumenty o nazwie intonarumori (hałasofony?). Te dziwne mechanizmy i tuby służyły wydawaniu wszelkiego rodzaju hałasów, szmerów i pisków, a w konsekwencji – brutalnemu prowokowaniu mieszczańskiej publiki. Pisze Russolo: W XIX wieku wraz z wynalazkiem maszyn narodził się Hałas. W naszych czasach Hałas triumfuje i niepodzielnie rządzi ludzką wrażliwością. Dźwięk muzyczny jest zbyt ograniczony w swoim doborze barw.. Musimy wyrwać się z zamkniętego kręgu dźwięków i podbić nieskończone bogactwo hałasu… Hałas, wynurzający się z nieregularnej dezorientacji życia jako dezorientujący i nieregularny, nigdy nie ukazuje się nam w całości i zawsze zawiera w sobie niezliczone niespodzianki.*[4] Nie da się ukryć, że jego idee najbardziej wyraźnie odżyły w latach 70-tych, wraz z powstaniem wspomnianej już sceny industrialnej.
Wielkie miasto pojawiało się w dwudziestowiecznej sztuce jeszcze wiele razy. Obrazy Georga Grosza, lewicującego artysty z okresu międzywojennego, w iście groteskowy i szyderczy sposób przedstawiają ówczesne niemieckie mieszczaństwo, którego życie toczyło się wokół wielkomiejskich piwiarni i sklepów, co Grosza niezaprzeczalnie drażniło. Stąd też na jego obrazach nader często widzimy grube, nalane twarze filistrów i ich wulgarne, wyuzdane kobiety (burżuazja była wyjątkowo pogardliwie traktowana tak przez socjalistów i komunistów, jak i przez ich największych antagonistów – konserwatywną rewolucję Ernesta Juengera, Ericha von Salomona czy Karla Schmitta). Dalej poniewierają się prostytutki, księża, policjanci, tajniacy, donosiciele, politycy – wszyscy w tym szczególnym krzywym zwierciadle Grosza.
A teraz coś z innej beczki, jak to się potocznie określa. Stany Zjednoczone, lata 40-te minionego wieku i rozkwit czarnego kryminału spod znaku Dashiela Hammeta i Raymonda Chandlera. Styl ten zawdzięczamy Hammetowi, ale faktem jest, że bardziej pamiętamy Chandlera. Wielu twierdzi, że nikt nie opisał kalifornijskich miast i ich charakteru tak, jak autor Wielkiego snu, Playbacku, Wysokiego okna. Chandler również wyciągał na wierzch wielkomiejski brud – wszak jego bohater, detektyw Marlowe, zajmował się właśnie „sprzątaniem”, „praniem brudów” innych ludzi. Marlowe – błędny rycerz z przeceny (jak określił go jeden z bohaterów Wysokiego okna), obdarzony sporą dozą dystansu do świata, a nawet specyficznym cynizmem. Cynizm ten pozwalał mu zdawać sobie sprawę z tego, że jego klienci (często z tzw. wyższych sfer) nie raz nie są lepsi od tropionych przestępców, ale nie pozwalał mu na porzucenie obowiązków, przekupstwo czy lenistwo. I dzięki temu Marlowe wciąż i wciąż musiał zagłębiać się w zakamarki wielkiego miasta – zarówno do bogatych dzielnic willowych, jak i do najpodlejszych zaułków, tętniących jazzowym rytmem, pełnych zapachu chińskiego jedzenia i tanich perfum.
Również w czasach Chandlera, na początku lat 50-tych, William Burroughs (znów coś z innej beczki!) publikuje słynnego Ćpuna, w którym bez skrupułów przedstawia czytelnikom szokujące i ponure tajemnice wielkich miast – tym razem głównie w odniesieniu do narkotyków. Mamy więc opisy poszukiwania lekarzy, chętnych wydać narkomanom receptę na morfinę, mamy przedstawienie knajpek w których zbierają się homoseksualiści i alkoholicy, do tego dochodzą jeszcze szczegółowe objaśnienia podziałów, panujących wśród narkomanów z różnych dzielnic, ulic i warstw społecznych. Autor Ćpuna bezlitośnie wyciąga na wierzch to, o czym przeciętny człowiek zwykle stara się nie myśleć, odsuwa to od siebie i skrywa, nawet gdy dotyczy to jego samego lub jego bliskich.
Można tu jeszcze wspomnieć o dość paranoicznej wizji zgiełku wielkiego miasta, jaką spotykamy w postmodernistycznej, quasi-fantastycznej powieści Thomasa Pynchona 49 idzie pod młotek. Niejasna i dziwaczna intryga, związana z motywem wielowiekowego spisku Trystero – niezależnej, anty-państwowej poczty – rozgrywa się w urbanistycznym krajobrazie kalifornijskich metropolii. Główna bohaterka tropi przejawy działalności Trystero i w związku z tym coraz bardziej zagłębia się coraz bardziej w szalony i skomplikowany świat marginesu wielkomiejskiego życia. Poznaje rozmaite tajne organizacje, artystyczne podziemie, miejską biedotę, środowiska anarchistów i antysystemowych buntowników. A wszyscy oni kontaktują się ze sobą właśnie za pomocą Trystero, odmawiając korzystania z państwowej poczty. Ta paranoiczna wizja entropii narastającej w wielkim mieście, w atmosferze splątanych ze sobą konspiracji, w kulminacyjnym momencie kończy się w niejednoznaczny sposób, do końca nie wyjaśniając wszystkich zagadek. Czytelnik pozostaje więc niejako „na lodzie”, mogąc co najwyżej zastanawiać się na ile prawdopodobne jest istnienie w wielkomiejskim zgiełku takiego wewnętrznego świata, drugiej strony rzeczywistości.
My tymczasem wróćmy do najbardziej chyba oddziaływującego na odbiorcę medium artystycznego, jakim jest wspomniana już muzyka. A muzyka rockowa bez wątpienia wywiera bardzo silny wpływ na współczesnych młodych ludzi. Jeżeli chodzi o motyw wielkiego miasta, to nader silnie jest on akcentowany w muzyce niektórych subkultur, czego przykładem może być twórczość kapel z kręgu Oi! Skinheads. Jest to subkultura wywodząca się z robotniczych dzielnic brytyjskich miast (korzeniami sięgająca lat 60-tych), trudno więc dziwić się tematyce piosenek, która obraca się przede wszystkim wokół codziennego życia w rodzinnym mieście. Piwo, futbol, dziewczyny, siła fizyczna, uliczne bójki, a do tego specyficzny etos chuligana – skinheada – robotnika. To wszystko to słychać w twórczości kapel takich jak np. The Analogs, Ramzes & The Hooligans, Zbeer, Baranki Boże, BTM, w których tekstach bardzo często pojawia się motyw ulicy, ulicznego życia. Gdzieś na krańcach wielkich miast, Gdzie zawracają czerwone autobusy / Mieszka wielu takich, jak my / Mieszka wielu szczęśliwych młodych ludzi*[5] – śpiewa Ramzes w utworze „My, młodzież”. The Analogs równie niefrasobliwym tonem śpiewa o Szczecinie i Dziewczynach z brudnych miast. Jednak nie zawsze rzeczywistość jest tak wesoła: W blokowiskach stłoczonych za portem / i ruderach pozornie milczących / wszystko kipi, pulsuje i drży / ale wciąż nie rozlega się krzyk!, a także: By w cokolwiek grać trzeba mieć co przegrać / dla tych chwil radości poświęcamy życie / przez wszystkich przeklęte dzieciaki ulicy.*[6]
Jak widać wielkomiejskie realia obecne są także (a może nawet przede wszystkim) w takiej właśnie twórczości podziemnej, młodzieżowej i buntowniczej.
Powyższe akapity przedstawiają zaledwie kilka przykładów roli wielkiego miasta w sztuce. Nader często twórcy zajmowali się przede wszystkim analizowaniem wielkomiejskich patologii i brudów, obalaniem mitów narosłych wokół metropolii, przekopywaniem się przez meandry podziemnego życia miasta (narkotyki, awangardowi artyści, przestępcy, zboczeńcy etc.). Trzeba zresztą pamiętać, że dzieł sztuki, w których istotnym elementem jest miasto z jego obyczajami i stylem życia mieszkańców, jest dużo więcej. Do powyższych przykładów z powodzeniem dodać można jeszcze chociażby dzieła takie, jak: opowiadania polskiego pozytywizmu, odmalowujące życie mieszczaństwa (Lalka B. Prusa); powieść Manhattan Transfer Johna Dos Passosa – wielki, jednocześnie odbierany, panoramiczny obraz Nowego Jorku wraz z jego wielkomiejskimi realiami*[7]; słynna powieść Buszujący w zbożu, pisana z punktu widzenia zbuntowanego nastolatka żyjącego tuż po II wojnie światowej; filmy Woody’ego Allena, zwykle rozgrywające się w Nowym Jorku, co ma dla reżysera ogromne znaczenie; mnogość filmów sensacyjnych, rozgrywających się w przestępczych półświatkach Los Angeles, San Francisco i innych metropolii. Jest tego naprawdę sporo – nie ma zresztą czemu się dziwić, bowiem miejskie otoczenie jest w naszych czasach wszechobecne. Musi więc przenikać także do takiej dziedziny ludzkiej aktywności, jaką jest sztuka.
EPILOG
Zmierzamy już do końca naszej podróży po wielkomiejskim zgiełku. Zdołaliśmy uchwycić wiele aspektów wielkiego miasta, dokonać na nim swoistej autopsji. Wspomnieliśmy o czynnikach demograficznych i ekonomicznych, otarliśmy się o urbanistykę i nauki historyczne, a niewątpliwie najwięcej miejsca poświęciliśmy sprawom socjologii i kultury. Bo przecież, jeżeli mówimy o wielkiej metropolii w odniesieniu do filozofii, to chyba najbardziej powinni interesować nas ludzie – ich obyczaje, styl życia, kultura. Dlatego właśnie pozwoliłem sobie oprowadzić was, drodzy Czytelnicy, nie tylko po głównych bulwarach i turystycznych atrakcjach, ale także po zaułkach i uliczkach znacznie mniej radosnych i zachęcających. Wszak potrzebny nam był rozległy ogląd, wielostronne spojrzenie. Właśnie z tego powodu włóczyliśmy się śladami Kuby Rozpruwacza po mrocznych uliczkach Londynu, zajrzeliśmy do plugawego mieszkania Jeffreya Dahmera i podglądaliśmy Fritza Haarmana przy pracy. Dlatego też interesował nas Al Capone i przestępstwa jego najemników, dlatego analizowaliśmy duszne powietrze i wodę brudną jak ścieki. Od tzw. wysokiej sztuki schodziliśmy do szalonej awangardy i wyzutej z czczych marzeń muzyki szarych blokowisk. Aby uświadomić sobie, co może nas czekać, zetknęliśmy się z literaturą science-fiction i jej niezwykłymi wizjami. A wszystko to po to, by pokazać, jak istotną rolę w naszym życiu pełni miejsce naszego zamieszkania, najbliższe otoczenie, architektura i ulice, życie właśnie w wielkim, nowoczesnym mieście, a nie np. na wsi.
Kończymy naszą wycieczkę. Zdołaliście przebrnąć przez ponure zakamarki, brudne fabryki i tłumy zabieganych ludzi. Jak wam się podobało? Może lepiej uciec stąd gdzieś na wieś, na prowincję – życie w spokoju, wśród przyrody to przecież kusząca alternatywa. A jednak wielu współczesnych ludzi jest już nierozerwalnie związanych z wielkomiejskim gwarem – on potrzebuje ich, aby istnieć, a oni jego, aby czuć się naturalnie. Cóż, kwestia gustu. A ja mogę was już tylko pożegnać.
Adam T. Witczak
Przypisy:
*[1] Elżbieta i Radosław Ligas, fragment ze strony:
*[2] Dezerter, w: Wschodni Front, w: Decydujące Starcie.
*[3] Dezerter, w: Beton M-3, w: Deuter.
*[4] Luigi Russolo, w: The Art of Noises.
*[5] Ramzes & The Hooligans, w: My młodzież, w: Mechaniczna Pomarańcza
*[6] The Analogs, w: Nie chcą zamieszek, Dzieciaki ulicy, w: Mechaniczna Pomarańcza
*[7] A. Kopcewicz, M. Sienicka, w: Historia Literatury XX wieku w zarysie. Wiek XX., PWN 1982, str. 260.
Bibliografia:
Literatura:
1. Andrzej Kopcewicz, Marta Sienicka, Historia Literatury XX wieku w zarysie. Wiek XX., PWN 1982.
2. Jadwiga Kop, Maria Kucharska, Elżbieta Kucharska, Geografia – podręcznik, Wydawnictwo Szkolne PWN 2003.
3. Robert A. Heinlein, Luna to surowa pani, Dom Wydawniczy REBIS 1992.
4. Jerome D. Salinger, Buszujący w zbożu, Iskry 1967.
5. Raymond Chandler, Wysokie okno, Czytelnik 1986.
6. Thomas Pynchon, 49 idzie pod młotek, Pomorze, Bydgoszcz 1990.
7. Herbert George Wells, Wehikuł czasu, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1985.
8. Bogusław Sygit, Kto zabija człowieka – najgłośniejsze procesy w powojennej Polsce.
9. Dariusz Misiuna, Porywający hałas, czyli krótka historia kultury industrialnej, „Antena Krzyku” 2000 nr 5.
10. Stefan Blankertz, Sądy, sędziowie i prawo w wolnym mieście, Anarchistyczny Magazyn Autorów Mać Pariadka nr 3/96.
Audio:
1. Einsturzende Neubauten, Strategies against architecture „80-83”, Mute 1984.
2. The Analogs/Ramzes&The Hooligans, Mechaniczna Pomarańcza.
3. Dezerter, Decydujące starcie, 2001 r.
4. Dezerter, Deuter, 1995 r.
Film:
1. Mechaniczna Pomarańcza (Clockwork Orange), reż. Stanley Kubrick, 1971.
SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Uwaga! Zmiany!

Rozpoczęły się wakacje, więc kilka kwestii w mieście uległo modyfikacji. Po pierwsze: rozkłady jazdy. Od soboty (30.06.2012) wrocławska komunikacja kursuje...

Close