Kanał Rss
Content
Pogrzebowe radości
1 marca 2014

Jedna z moich znajomych, p. Irena, ma nietuzinkowy zwyczaj narzucania swym gościom odpowiedniego nastroju. Idąc do kuchni, aby przygotować poczęstunek, zostawia im do przeglądania gruby album z rodzinnymi zdjęciami z pogrzebów trzech pokoleń – od prawie 100 lat!

Przy tym szczegółowo wyjaśnia, kto kim był. Uważa, iż skoro dla niej jest to bliskie sercu, to i nam się spodoba. Efekt jest porażający, aczkolwiek sama jest bardzo miła i gościnna. Na szczęście jej dzieci oraz ładna, młoda siostrzenica Ania są inne i konkretne: w międzyczasie potrafią dać nam coś innego…

W swym żywocie rozrywkowego człowieka niezbyt poczciwego bywałem świadkiem tragikomicznych sytuacji wywołujących mimowolny huragan śmiechu. Bo jak utrzymać śmiertelną powagę na cmentarzu, gdy ktoś z najbliższej rodziny zmarłego podchodzi do dołu, aby na spuszczoną trumnę wrzucić symboliczną grudkę ziemi, potyka się i wpada do tego grobu…

25 lat temu, w listopadzie, po 22.30, zdarzył się głośny wypadek, w którym obok Hali Ludowej zginęły trzy osoby. Ich fiat zderzył z rozpędzonym tramwajem jadącym z Mostu Zwierzynieckiego. Cała trójka stanowiła skład naszej orkiestry. Tak się złożyło, że popołudniu na Krzykach wygłaszałem parapsychologiczną prelekcję o życiu pozagrobowym  i zaraz jechałem do restauracji Saska przy Olszewskiego prowadzić Bal Samotnych z dochodem na cel charytatywny. W czasie  imprezy moi muzycy byli wyjątkowo bardzo niespokojni i nieswoi. Na  pogrzebie, po wygłoszeniu kilku słów jako szef grupy, podszedłem do grobu złożyć kurczowo trzymany wieniec. Cały czas czułem, że coś dużego wisi i plącze mi się między nogami lecz dopiero po położeniu wieńca zobaczyłem, iż trzymałem tylko jego oderwaną rączkę. Ponoć wyglądało to zabawnie!

Bywały przypadki, że rodzina sama załatwiała wszystkie formalności – poszli do grabarza omówić wykopanie grobu i potem, w przedstypowej atmosferze, zapomnieli o uzgodnieniu przywiezienia ciała na określoną godzinę i dzień…

Opowiadał  Pan Jarosław – dziś nobliwy, znany przedsiębiorca – jak to ongiś babcia stale go zamęczała prośbami o pochowanie jej w Alei Zasłużonych gdy już umrze. – Ale przecież niczym na to nie zasłużyłaś – tłumaczył cierpliwie wnuk. Nie przekonywało to staruszki. Aż  kiedyś wrócił późno, wstawiony alkoholowo i na pytanie babci o powód tak późnego powrotu wyjaśnił:

- Załatwiałem dla ciebie sprawę, najpierw z proboszczem, a potem z grabarzem – jutro masz być gotowa na godzinę 13.

Och, co to się wtedy działo!  Ale za to Jarek miał już spokój…

Po wojnie częste były przypadki nocowania w starych, zdewastowanych grobach, grania w piłkę nożną wyciągniętymi z nich poniemieckimi czaszkami – aż powietrze furczało… m.in. na cmentarzu przy ul. Bujwida. Popularne było nocne układanie szkieletów na przystankach tramwajowych oraz straszenia przechodniów rzucanymi zza winkla kośćmi ludzkimi. Zapewne wynikało to z przekonania, że to, co poniemieckie, nie zasługuje na żaden szacunek. Natomiast jeszcze teraz telewizja pokazuje przypadki bezdomnych z wyboru, wegetujących w starych grobowcach i wykorzystujących płyty nagrobne jako stół…

Do powojennych anegdot przeszedł przypadek uroczystej ekshumacji ciał, gdy wysoki rangą urzędnik z partyjnego nadania – nie z wykształcenia – po przemówieniach zakomenderował” – A teraz przystąpmy do konsumpcji.

A całkiem niedawno nad grobem zmarłej komunistycznej działaczki o imieniu Róża jej ideowy towarzysz kombatant przejęzyczył się i pożegnał Różę Luksemburg…

Jeszcze w latach 60. na ulicach Wrocławia można było natknąć się na otwarty karawan za którym szli żałobnicy – teraz taką formę pogrzebu uznalibyśmy za makabreskę. A co stałoby się, gdyby do tramwaju wsiadł ktoś z małą, dziecięca trumienką pod pachą? Mało tego, niektórzy trzymają w mieszkaniach urny z częścią skremowanych prochów najbliższych, tworząc z pokoju mini sanktuarium. Brr!

W jednej z restauracji od godziny 18 prowadziłem stałe wieczorki taneczne. I zdarzyło się, że popołudniowa stypa rozpoczęła się z opóźnieniem i długo się przeciągnęła. Gdy tłumnie zaczęli przychodzić moi balowi goście, część żałobników mocnymi trunkami nadal intensywnie czciła pamięć zmarłego. W efekcie w części lokalu zataczali się stypowicze, a dla   zabawowiczów rozpoczynałem tańce. Po chwili pogrzebowi goście dziarsko dołączyli do tanecznego korowodu krzycząc „a gdzie jest nieboszczyk Staszek? Nie ma – to jego strata!”

Organizując dla firmy imprezę okolicznościową musiałem zarezerwować lokal. Wypytywałem kierowniczkę restauracji, czy aby na pewno ma wolny termin za trzy tygodnie, bo przecież ktoś mógł go zarezerwować na stypę. Długo nijak nie mogłem pojąć, że miejsca na stypę nie zamawia się z dokładną datą,  z miesięcznym wyprzedzeniem…

Zimowy karnawał już się kończy więc przypomnę dawne, zapomniane zwyczaje ludowe. Było zabijanie grajka – w zasadzie na niby i oznaczało całkowite kończenie wszelakich zabaw i uciech. Polegało na wywiezieniu go tuż przed północą na taczkach na rozstajne drogi i bicie garnkiem pełnym popiołu. Czasem grajek był palony na stosie – stawiano go wśród tlących się grochowin i wypuszczano kota. Uciekający futerkowiec symbolizował znikającą duszę muzykanta. A gdyby tak dzisiaj, współcześnie, niejednego zwącego się disc-jockejem porwać i z mini dyskiem wypuścić na skrzyżowaniu…?

Natomiast radosny pogrzeb żuru i śledzia symbolizował zakończenie Wielkiego Postu, w którym wówczas rygorystycznie przestrzegano przykazań i umartwiającego menu. Ale równocześnie była to także zdrowa dieta. W dzisiejszych czasach na schudnięcie zaleca się  pływanie  – lecz popatrzmy jak wyglądają stale pływające wieloryby…

Wojciech Mach

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł