Kanał Rss
Content
Osiedla Wrocławia cd.
8 marca 2013

 Odcinek drugi – Maślice Małe i Wielkie

W lipcowym eseju “Vivat crescat floreat Vratislavia. Niech żyje, rośnie i kwitnie Wrocław” zapowiadałam – w kontynuacji vratislaviańskich tematów – dwa nowe cykle artykułów: “Osiedla Wrocławia” i “Wrocławskie budynki”.

Nie było przy tym moją intencją prezentowanie Czytelnikom encyklopedycznej, historycznej i architektonicznej inwentaryzacji kolejnych dzielnic naszego miasta. Jak wiadomo, charakter i urok miejsc tworzą przede wszystkim ludzie, a dopiero w drugiej kolejności krajobrazy, budownictwo, infrastruktura i przedmioty – dlatego postanowiłam przedstawić osiedla Wrocławia przez pryzmat wspomnień mieszkańców i ich losów – czasem zupełnie niesamowitych, splecionych z niezwykłymi dziejami poszczególnych miejsc.

 

Repatrianci z Ziem Wschodnich (z okolic Lwowa, Stanisławowa i z Wileńszczyzny), ludzie zmuszeni do natychmiastowego opuszczenia swoich wielopokoleniowych domostw i posiadłości na utraconych po zakończeniu II wojny światowej wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej – przyjeżdżali do Wrocławia i na Dolny Śląsk – by tutaj, na obcej dla nich ziemi, zbudować swój nowy dom.

Wówczas – młodzi mieszkańcy wsi położonych nieopodal Lwowa (m.in. Basiówki, Dawidowa, Chodowic); dzisiaj – już emeryci – wspominają tamte trudne dni, kiedy to po długiej, kilkutygodniowej podróży w towarowych wagonach, bez żadnych sanitarnych udogodnień, przybyli do Wrocławia wraz z rodzicami i rodzeństwem. Oprócz podstawowych rzeczy, które zmieściły się w chuścianych tobołkach – zabrali ze sobą tylko prymitywne przenośne piecyki i zwierzęta (krowy i kozy). To gwarantowało im przeżycie w tamtych ciężkich warunkach.

Pani Lusia z podlwowskiej Basiówki wspomina trudne lata 1945-47. Masowe wysiedlenia rozpoczęły się w okręgu lwowskim już w 1945 roku. Nie wszyscy zdecydowali się opuścić rodzinne strony. Ci, którzy zostali „w domu” – żegnali swoich sąsiadów i krewnych ze łzami w oczach. Rodziny, które podjęły odważną decyzję wyjazdu w nieznane – otrzymywały miejsce w tzw. „bydlęcych” wagonach. Jedna rodzina miała do dyspozycji jeden wagon – w którym przyszło jej podróżować wraz ze zwierzętami i całym swoim skromnym dobytkiem. Podróż pociągiem trwała od 4 do 6 tygodni. Głód był codziennością. W fatalnych warunkach sanitarnych panoszyła się wszawica, słabsi zapadali na przeróżne choroby. Najpierw zawieziono ich nad morze – do miejscowości Golszewo. Ludziom nie spodobało się to miejsce:…„nic, tylko morze, piasek i pustka – ziemia licha, marność nad marnościami!”

Nie wysiedli nawet z pociągu – nie widząc tam dla siebie szans na jakąkolwiek egzystencję. Zażądali innego miejsca, gdzie byłyby warunki do prowadzenia gospodarstwa, hodowli zwierząt. Następne 2 tygodnie spędzili oczekując na niepewną przyszłość w swoich wagonach, na bocznicy. Potem znowu zaczął się kolejowy exodus – tym razem na południe. Po następnych kilku tygodniach, w maju 1946 roku, trafili do Wrocławia. Maślice Małe – z niedużymi, skromnymi domkami i wąskimi, długimi działkami, gdzie mogli założyć przydomowe ogrody użytkowe, a w istniejących dobudówkach hodować swoje krowy, kozy i drób – stały się ich drugim domem. Jak się później okazało – już na stałe.

Nie wszyscy objęli opuszczone domostwa. Rodzina pani Lusi trafiła do domku Niemki, która wraz z dzieckiem mieszkała przy dzisiejszej ul. Sadowniczej – wówczas nazywanej przez przybyszów ze wschodu „trzecim blokiem”. Współżycie z Niemcami, którzy pozostali na Maślicach po zakończeniu wojny, układało się dobrze. Gospodyni, z którą rodzina pani Lusi dzieliła dom, odnosiła się do nich życzliwie. Kiedy w lipcu 1947 roku urodziła się siostra pani Lusi – Niemka przyniosła im nawet swoją dziecięcą wanienkę. Mieszkali razem zgodnie przez niecały rok. Niedługo po narodzinach małej Polki – po Niemkę z dzieckiem przyjechał z wojennych wojaży jej mąż – i razem wyjechali do Niemiec. W wielu domach, przy ulicach Hodowlanej, Sadowniczej, Nasiennej i Pasiecznej pozostało jeszcze kilka niemieckich rodzin. Były to najczęściej kobiety z dziećmi lub staruszkowie. Ostatni Niemcy wyjechali z Maślic dopiero pod koniec lat 50-tych.

Tuż po stanie wojennym (w latach 80-tych) nawiązały się liczne przyjaźnie pomiędzy nowymi Maśliczanami, a odwiedzającymi ich poprzednimi mieszkańcami osiedla. Kontakty były bardzo serdeczne. Często – zwłaszcza w tym tak ciężkim dla nas okresie – maśliccy Niemcy pomagali, jak tylko mogli, przywożąc lub śląc żywność i przedmioty, których wtedy w Polsce najbardziej brakowało.

W powojennym Wrocławiu zjawiskiem powszechnym był tzw.„szaber”, czyli grabieże zastanego majątku ruchomego, dokonywane przez ludzi, którzy masowo przyjeżdżali na te tereny w nadziei łatwego i błyskawicznego obłowienia się. Rodzina pani Lusi wprowadziła się do jeszcze w pełni wyposażonego, zamieszkałego domu. Ale tak było w maju 1946 roku. Natomiast późniejsi przybysze znaleźli się w o wiele trudniejszej sytuacji. Pani Danuta, która wraz z rodzicami i czwórką rodzeństwa przyjechała na Maślice z Kujaw w 1947 roku, opowiada, że przyszło im zamieszkać w domu doszczętnie wyszabrowanym – nie było nawet okien i drzwi…

Chociaż prawie wszystkie domki z ogródkami przetrwały wojnę bez większych uszczerbków – jednak kilka z nich leżało w gruzach. Później, na przełomie lat 70-tych i 80-tych, zbudowano na ich miejscu typowe dla tego okresu „kostki”.

Kościół zastano w ruinie. Trzeba go było odbudować od podstaw. W tym okresie zorganizowano tymczasową kaplicę w ocalałym, bogato wyposażonym przedwojennym pensjonacie, gdzie obecnie mieści się przychodnia zdrowia.

Mieszkańcy Maślic wspominają, że dzisiejsza ul. Legnicka, główna arteria prowadząca do centrum miasta, była zupełnie opustoszała, pełna gruzu po zburzonych domach. Na przestrzeni kilku kilometrów ocalało zaledwie kilka przedwojennych kamienic, zajezdnia tramwajowa, murowane ogrodzenie i dom pogrzebowy na cmentarzu żydowskim oraz hangar wraz z budynkiem głównym lotniska Gandau.

Do tzw. „miasta” można było dotrzeć z Maślic przez kładkę, przerzuconą poprzez rzekę Ślęzę – bowiem most był zburzony. Trzeba było dochodzić do tramwaju na sąsiednie osiedle Pilczyce – nie było innych środków komunikacji miejskiej. Nieco później zorganizowano transport samochodami wojskowymi. Wchodziło się do nich po 3-4 schodkach, wewnątrz można było usiąść na obustronnie zainstalowanych ławeczkach. Ponad siedziskami, na metalowym stelażu rozpięto plandekę – stąd wzięła się swojska nazwa tych pojazdów: „wojskowa buda”. Jednak stale rower pozostawał najdogodniejszym, zawsze dostępnym środkiem lokomocji. Ojciec pani Danuty codziennie jeździł nim do pracy w Pafawagu.

Na terenie zielonym między torami kolejowymi a dzisiejszą ul. Królewiecką znajdowały się tajemnicze wojenne bunkry – schrony – magazyny, ukryte pod ziemnymi nasypami.

W okolicach dzisiejszych ulic Potokowej i Północnej, nad Odrą, wojskowe patrole pełniły nieustającą wartę przy poniemieckiej fabryce amunicji. Mnóstwo samochodów transportowało zawartość przyfabrycznych magazynów, odjeżdżając w kierunku Dworca Głównego. Ponoć za czasów niemieckich maślicką fabrykę z wrocławskim dworcem łączył tunel. Mówiono, że przed 1946 rokiem cały transport odbywał się podziemną drogą.

Maślice Małe zamieszkiwali wówczas przeważnie robotnicy tej fabryki. Przy swych skromnych domkach hodowali również zwierzęta i uprawiali ogródki, żywiąc w ten sposób całe swoje rodziny. Natomiast mieszkańcami Maślic Wielkich byli przede wszystkim rolnicy, którzy mieli do dyspozycji większe połacie ziemi uprawnej.

Jesteśmy dziećmi wojny – mówią o sobie dzisiejsi maśliccy emeryci. Od najwcześniejszych lat dziecinnych towarzyszyła nam powszechna bieda. Byliśmy przyzwyczajeni do codziennego oszczędzania wody, nikłych porcji żywności, czasem głodu i chłodu. W latach 1946-47 ratowały nas paczki UNRRA z mąką, ryżem, czarną herbatą, gorzką czekoladą…tak pysznej herbaty już nigdy potem nie piłam – wspomina pani Lusia. Nasze mamy i babcie woziły na targ przy placu Nankiera wytworzone własnoręcznie z pracy na gospodarstwie produkty spożywcze (mleko od własnej krówki, masło, sery, jaja od „prawdziwej kury”) – ten mały handel pomagał nam przetrwać trudne czasy. Chociaż trzeba przyznać, że polskie rodziny przybywające na Maślice po tułaczce wojennej z Europy Zachodniej, przywoziły ze sobą całe wyposażenie: buty, ubrania, pościel, a nawet obrusy i kotary…Oczywiście tak, jak wszędzie wówczas, i u nas – na Kozanowie i Maślicach Wielkich – stacjonowały oddziały wojsk radzieckich. Pamiętamy, jak sowieccy żołnierze ściągali żarówki z przydrożnych słupów, by „zamienić” je później na wódkę! – śmieją się panie Danuta i Lusia. Było biednie, ale za to weselej, niż dziś! Co sobota organizowano zabawy w świetlicy na Maślicach Wielkich. Szło się całą zgrają na potańcówki ze śpiewem na ustach, a po zabawie często odwoził nas do domu ciężkim wojskowym motorem sympatyczny Kola – jeden z zaprzyjaźnionych żołnierzy radzieckich.

 

Beata Bigda

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 6 , Średnia: 4.17 na 5.00)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł