Kanał Rss
Content
Kwiaty polskie, kwiaty wrocławskie
10 marca 2015

Przeglądam sobie lokalną prasę, przeglądam… i nagle dostrzegam dramatyczny tytuł: „Handlują kwiatami na ulicach, miasto bezradne”. Musi gruba rzecz, myślę sobie, klikam – i dowiaduję się prawdziwych rewelacji, napełniających zgrozą. Oto miasto nasze, jak się okazuje, zalewa fala przestępczości. Są wszędzie, a przynajmniej wszędzie w centrum, w okolicach rynku czy na targowiskach. 

Czujecie Państwo? Podobno was okradają, podobno przyjmują nieobywatelską, niesolidarną postawę. To przede wszystkim kwiaciarze i kwiaciarki. Co jest ich winą? Fakt, że kwiaty – kupione gdzieś wcześniej, czasami być może zerwane z własnych ogródków – sprzedają. Zaraz, zaraz, powiecie. Czyli nie kradną, nie szkodzą, nie żebrzą – ale sprzedają? Radio Erewań. W rzeczy samej, problem bowiem tkwi w logice miłościwie panującego nam systemu. Nie jest bowiem tak, że pan Wiśniewski może zapłacić panu Malinowskiemu stówkę za skopanie ogródka, ani tak, że pan Malinowski może kupić kilogram truskawek z domowego ogródka od pani Ziółkowskiej. Za każ- dym razem do gry włącza się bowiem trzeci gracz, który bierze – a przynajmniej chce wziąć – swoją „dolę”. Tym graczem nie jest bynajmniej „Pershing”, „Dziad”, „Rympałek” czy „Budzik” (choć i to się zdarza), ale bezosobowe, ponure i przygnębiające Państwo.

Jeśli zapisujemy się do organizacji takiej jak klub wędkarski czy partia polityczna, wówczas nie dziwi nas, że każą płacić nam stałą składkę – np. na poziomie 20 zł, 50 zł lub 3 zł miesięcznie. Nikt nie pyta, ile zarabiamy, czy to dla nas dużo, czy mało itd. W systemie podatku dochodowego płacimy określony procent. To dla państwa świetny pretekst, by mieć nas pod kontrolą, wiedzieć, kto podarował nam stówkę, a kto dwie, ewentualnie – komu my podarowaliśmy taką kwotę pieniędzy. Raj dla biurokracji, kontrolującej wydatki firm na pensje i zeznania podatkowe obywateli. Zabawne jest, gdy rząd mówi, że ludzie tacy jak „nielegalni” kwiaciarze z Wrocławia, „okradają państwo”. Trudno wyobrazić sobie, że można komuś (tj. państwu, budżetowi) ukraść coś, czego ten jeszcze nie posiada.

No, dobrze, powie ktoś. Ale jest inny argument: „legalni” kwiaciarze płacą wszystkie podatki (być może), a „nielegalni” jadą na gapę, bo też chcieliby korzystać z policji, służby zdrowia etc. To już rozsądniejszy argument, ale przecież tak naprawdę nie jest tak, że wszyscy płacimy po równo – czy to kwotowo, czy procentowo. Wszak zdecydowana większość budżetowych wpływów podatkowych to wpływy z podatków pośrednich, a to, ile ich płacimy, zależy od tego, ile kupujemy (i jakie są to towary, jak mocno obciążone różnymi podatkami). Tym samym może się okazać, że bardzo oszczędnie żyjący „legalny” kwiaciarz oddaje państwu mniej niż intensywnie palący i pijący kwiaciarz „nielegalny”. Mało tego – korzystając z państwowych usług nie wyliczamy przecież, jak dużo podatków dotąd wpłaciliśmy i jak „cenne” usługi nam przysługują. Wszystko wpada do wielkiego bajora z mamoną – i ciężko to ocenić.

Zabawne jest też to, że myślenie w kategoriach „psa ogrodnika”, cechujące nasze państwo, prowadzi do tego, iż lepiej jest, by jeden człowiek drugiemu nie sprzedał kwiatka za 5 zł, by do transakcji nie doszło, by sprzedawca rzucił interes i poszedł po zapomogę do opieki – niż żeby transakcja się odbyła poza systemem. Mówi się, że na takiej transakcji „budżet traci”. Ale zaraz: jeśli do transakcji nie dojdzie, to stan budżetu jest taki sam, jak w sytuacji, w której dojdzie do niej, ale bez opłacenia podatków. Mało tego, wygląda na to, że im intensywniej obracamy między sobą gotówką i towarami, tym więcej (w zamian za podatki) powinniśmy dostawać – ale nie ma tu żadnego konkretnego przeliczenia. Temu, kto płaci składkę zdrowotną, zarabiając 10 tysięcy złotych, przysługuje w państwowej służbie zdrowia (szkole – czy gdziekolwiek) tyle samo, ile przysługuje zarabiającemu tysiąc.

Nie twierdzę, że nie powinny istnieć podatki. Zwracam tylko uwagę na to, że postępowanie rządu w kwestii obciążania obywateli zdaje się nie mieć końca. Twierdzę, że daniny są zbyt wysokie – i właśnie dlatego część ludzi decyduje się robić takie właśnie interesy jak sprzedaż kwiatów czy starych książek bez wiedzy urzędników. To są zwykli ludzie, to nie jest, a przynajmniej nie musi być, złowroga mafia, degeneraci, bandyci i złodzieje. A ci, którzy sprzedają arbuzy i grzyby przy szosie? A emerytka, dorabiająca sprzedażą marchewki z działki? Student udzielający korepetycji kolegom? Pan Mietek, który nie chce kraść czy żebrać, więc woli naprawić kran sąsiadowi i wziąć za to dwie dyszki, albo nawet dwie dyszki i dwa piwka?

Tymczasem rząd przygotowuje dla nas kolejne nowatorskie przepisy: z doniesień medialnych wynika, że ambicją ministra Rostowskiego jest pełna wiedza o tym, co robimy na naszych kontach, kto, kiedy i dlaczego przelał nam daną kwotę pieniędzy. A potem wszystko będzie można opodatkować. Proponuję lepszy koncept: niech pieniądze od razu idą do ministra, a ten będzie wydzielał nam kieszonkowe.

Z handlarzami dzielnie tymczasem walczy Straż Miejska, co do której pożyteczności i sensu istnienia też można mieć wątpliwości. Proszę bardzo, niech dzielni panowie wypisują mandaty ludziom być może mającym jedną z niewielu okazji, by zarobić uczciwie (tj. sprzedając coś pożytecznego zainteresowanym klientom).

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł