Kanał Rss
Content
Chłopcy kontra Basia – wywiad
24 kwietnia 2012

Zespół Chłopcy kontra Basia powstał w 2009 roku w Krakowie z inicjatywy Chełmianki Barbary Derlak, jako wynik jej zafascynowania polskimi pieśniami ludowymi. Od stycznia 2010 zespół pracuje jako trio, w składzie: Barbara Derlak (śpiew, klarnety, drumla), Marcin Nenko (kontrabas) i Tomasz Waldowski (perkusja, futujara). Chłopcy kontra Basia zadebiutowali w kwietniu 2010 r. podczas XIII Folkowego Festiwalu Polskiego Radia “Nowa Tradycja”, gdzie zdobyli II nagrodę. Do ważniejszych sukcesów grupy należą także m.in.: I nagroda Sceny Otwartej Mikołajków Folkowych w Lublinie (2011) oraz zwycięstwo w plebiscycie na najlepszy utwór w nurcie world music “Battle of Bands” organizowanym przez World Music Network (2012). Zespół  posiada w swoim dorobku płytę EP. Pracuje obecnie nad swoim oficjalnym debiutem fonograficznym. Wywiad z Barbarą Derlak przeprowadzony został po koncercie, który odbył się 19 kwietnia w klubie Łykend.

ATW – Adam T. Witczak

WR – Wacław Romer

BD – Barbara Derlak

WR: Skąd pomysł na taki minimalizm? Pytam, ponieważ folklor kojarzy się zazwyczaj ze skrzypeczkami, fujarkami, tańcami etc. – a tutaj tak naprawdę tylko dwa instrumenty…

BD: Zacznijmy od tego, że kiedy zakładałam projekt, nie miałam w planach, żeby zespół był minimalistyczny…

ATW: A więc to ty wyszłaś z inicjatywą? Nazwa zespołu sugeruje, że jesteś tu centralną osobą.

BD: Tak, to jest mój projekt. Wynikło to z mojej fascynacji pieśniami tradycyjnymi. Ja nie używam za często słowa folklor, bo ono się tak kojarzy…

ATW: “Mazowsze”, zespoły pieśni i tańca…

BD: Właśnie. Ja bardzo szanuję tego rodzaju inicjatywy, ale boli mnie to, że większość ludzi bardzo często nie zdaje sobie sprawy, że to jest folklor stylizowany. Za występ takiego np. “Mazowsza” bierze się sztab profesjonalnych muzyków, tancerzy, choreografów.

ATW: A wy jesteście prawdziwą wiochą 🙂

BD: (śmiech) No, wiochą. Nie ma problemu – utarło się, że “wiocha” to jest obciachowe słowo, ale mnie wieś bardzo fascynuje – i to ta rdzenna. Ja nie poszukuję folkloru na występach Mazowsza. Ja jeżdżę na wieś z dyktafonem, odwiedzam muzykantów, którzy jeszcze do dziś grają, mają po osiemdziesiąt lat…

ATW: A właśnie – czyli coś takiego wciąż istnieje? To nie jest tak, że na wsi wszyscy znają już tylko disco-polo? Wciąż można znaleźć staruszków, którzy ten folklor pamiętają?

BD: Tak. Rzeczywiście disco-polo zrobiło wielką krzywdę folklorowi, ponieważ kiedy weszły na wieś keyboardy i mini-dyski, to kapela ludowa – która służyła głównie do tego, by grać na weselach – odeszła w zapomnienie. Pojawił się jakiś “didżej Maxo”, który grał popowe rzeczy, natomiast mało kto chciał jeszcze tańczyć oberka. Do dziś jednak żyją dawni mistrzowie, którzy swoją grą i śpiewem potrafią przywołać stare czasy.

WR: No, ale dzisiaj – z tego, co wiem – wraca taka moda, żeby na wesela zapraszać zespoły folkowe, na przykład kapela Brodów jest rozchwytywana.

BD: Tak, kapela Brodów, kapela Janusza Prusinowskiego, kapela Mateusza Niwińskiego, w której mam przyjemność grać, we Wrocławiu macie Centralę Muzyki Tradycyjnej… – to są inicjatywy, które cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

WR: A wy jesteście też zapraszani na wesela?

BD: Nie, dlatego że my gramy muzykę stylizowaną i przeznaczoną do słuchania nie do tańca. To, co gramy nie jest oryginalną muzyką ludową, dużo jest na przykład jazzu.

ATW: O to właśnie chciałem zapytać. Bo, owszem, folklor jest, ale wasze granie bardzo mocno pobrzmiewa jazzem. W jaki sposób łączycie jazz, blues, rock and roll – czyli muzykę amerykańską, wręcz afroamerykańską – ze słowiańskim folklorem?

BD: Wynika to z tego, że moja fascynacja folklorem jest dość świeża. Pasjonuję się tym od dwóch lat. Tyle czasu słucham archiwalnych nagrań, czytam dzieła Oskara Kolberga i innych etnografów; zdarza mi się też odwiedzać grających i śpiewających muzykantów na wsiach. Jednak nie wychowywałam się na tej muzyce. Moi rodzice słuchali np. Pink Floyd oraz muzyki jazzowej. Właśnie jazz i rock są mi najbliższe, więc kiedy wzięłam się za muzykę tradycyjną, to chciałam połączyć to, co jest moim matecznikiem muzycznym, z moją nową pasją.

WR: A jednocześnie, skoro to jest nowe w twoim życiu, to jak długo grasz na tych instrumentach?

ATW: I na jakich, bo pojawiło się parę nietypowych…?

BD: A więc mamy tu instrument, na którym zagrałam dziś. Nie umiem jeszcze dobrze na nim grać, ale jestem zafascynowana jego brzmieniem. Jest to klarnet basowy. On jest taką ciekawostką, nie występował na wsiach. Z kolei instrument, na którym gra Tomasz (perkusista) – futujara – też jest nowoczesny, bo zrobiony z rury PCV, ale jest stylizowany na instrument ludowy.

ATW: Futujara – połączenie fujary i future? To wasz autorski pomysł?

BD: Nie, to nie jest nasz pomysł. Tomasz kupił to cudo na Allegro.

ATW: To może teraz banalne, standardowe pytanie: czym się inspirujecie, czego słuchacie?

BD: Zacznę może od tego, że teksty, które śpiewam nie są ludowe, są napisane przeze mnie. Powstały jednak w oparciu o muzykę, której najwięcej obecnie słucham, czyli tradycyjne pieśni ze starych nagrań, zarejestrowane przez np. Polskie Radio. Mamy też piękną serię płyt PANu, która powstała w ten sposób, że badacze krążyli po wsiach całej Polski i nagrywali dawną muzykę. Słucham tego mnóstwo. Obecnie fascynuję się pieśniami z regionu Kurpiów.

ATW: A reszta zespołu?

BD: Chłopaki interesują się głównie jazzem, Marcin studiuje na Wydziale Jazzu Akademii Muzycznej w Krakowie, a jego idolem, jeśli chodzi o kontrabas, jest Dave Holland. Tomasz (perkusista) interesuje się nowoczesnym jazzem skandynawskim – Jagga Jazzist, Esbjörn Svensson. Jego idolem natomiast jest perkusista Jeff Ballard.

ATW: To sprawdźmy, czy będzie jakaś zbieżność z moimi zainteresowaniami… Taki gatunek jak neofolk, takie zespoły jak Current 93, Death in June, Forseti, Fire + Ice, Krępulec – czy te nazwy coś wam mówią?

BD: Niestety nie… To nie wynika z ignorancji, po prostu niekiedy brakuje już czasu – jest tyle rzeczy do przesłuchania z tych dwóch nurtów, o których mówiłam, czyli z jazzu i muzyki tradycyjnej… Cóż, na wszystko może znajdzie się kiedyś czas…

WR: Ja chciałem zapytać o rekwizyt, który znajduje się na scenie, czyli o to prosię… Czy ono coś symbolizuje?

BD: Prosię symbolizowało naszą przyjaźń z zespołem Dagadana, który występuje po nas. Jak można zauważyć, Daga posługuje się szeregiem zabawek, wuwuzeli, pozytywek, także i świnia znalazła się na jej stole, skąd została bezczelnie wykradziona przez naszego perkusistę (śmiech) i “na spontanie” wykorzystana w utworze.

ATW: Było o bluesie, padła nazwa wuwuzele… Czy zauważasz jakieś wspólne czynniki w różnych rodzajach folkloru z różnych stron świata? Tasmania, Angola, Alaska, Szwajcaria… czy taka muzyka tradycyjna ma jakieś punkty wspólne?

BD: Świat jest bardzo zróżnicowany. Na Alasce pewnie znajdzie się pieśń o niedźwiedziach, a na Podhalu o złóbcokach, ale tkanka muzyki ludowej wydaje mi się bardzo podobna. Chodzi przede wszystkim o wspólnotę. To znaczy, że pieśni powstawały we wspólnocie lokalnej, ludzie śpiewali razem i to coś znaczyło. Są też pieśni obrzędowe, które wykonywało się, aby uzyskać jakiś efekt magiczny – np. pieśni na przywołanie wiosny, na odpędzenie duchów. To się pojawia w różnych częściach świata, choć dziś jest może wypłukane trochę z pierwotnego kontekstu. Wspólnota, magia i dbałość o śpiewanie razem, o kontynuowanie tradycji.

WR: Ja jeszcze chciałem zapytać się o Twoją sukienkę? Czy ona jest inspirowana tradycją jakiegoś regionu?

BD: Dzisiaj tak wyszło z tymi paskami (śmiech). Różnie ubieram się na scenie, staram się, żeby był zawsze jakiś element ludowy, ale bardzo subtelny. Raz tylko wystąpiłam w czerwonych koralach, ale staram się tego unikać: czerwone korale, ludowa chustka…

ATW: …maselnica, miotła…

BD: …kierpce, tak (śmiech). Po prostu staram się unikać takich topornych skojarzeń. Nie wychodzę na scenę w tradycyjnym stroju ludowym i nie gram na skrzypeczkach. Nie mam nic przeciwko temu, ale chcę pokazać, że moja fascynacja jest subtelna i osadzona we współczesności.

ATW: A czy spotykasz się z takim podejściem, że to, co jest ludowe – zwłaszcza, jeśli jest polskie – to jest śmieszne, obciachowe. Gdyby jeszcze można było to sprzedać jako muzykę egzotyczną, z Afryki czy Szwajcarii, ale z Polski?

BD: Tak, zauważyłam takie myślenie. Polska jest jednym z niewielu krajów, które wstydzą się swojego folkloru. A każdej minuty być może ginie kolejna piękna polska pieśń, bo nikt się nią nie zainteresował. W wielu krajach (Węgry, Litwa, Skandynawia) są instytuty muzyki tradycyjnej na akademiach muzycznych – ludzie idą na wyższe studia, żeby się uczyć własnej muzyki ludowej. To nie jest żaden obciach. W dżinsach i irokezach tańczą polski w Finlandii i czardasze na Węgrzech. W Polsce cały czas pokutuje skojarzenie, że polka i oberek to jakiś obciach. Nie wiem, co się musi stać, by to się zmieniło, potrzeba heroicznej pracy i chyba pokolenia muszą minąć, zanim zdamy sobie sprawę z tego, że mamy fantastyczny folklor. Ale wtedy może być już za późno.

ATW: Czy to, o czym mówisz, nie wiąże się z takim podejściem, że “nasze, polskie” musi być gorsze, byle jakie i tak dalej? Czy nie warto byłoby odkryć ten folklor i uświadomić sobie, że możemy pozwolić sobie na odrobinę dumy?

BD: My mamy świetną muzykę Mazowsza, Wielkopolski, Lubelszczyzny, Kurpiów – to jest taka muzyka, której nie ma nigdzie na świecie. Tam są takie rozwiązania muzyczne, że muzyk klasyczny złapie się za głowę i będzie tydzień zastanawiał się jak to jest w ogóle możliwe (śmiech). Ja powoli to odkrywam i mam wielki zapał, teraz jestem cała w emocjach, gdy o tym mówię, jak sami widzicie. Jestem w szoku, że mamy fantastyczny folklor, ale żeby się do niego dokopać przez te kiecki łowickie, przez te rumiane policzki “Mazowsza”, to trzeba się naprawdę postarać. Trzeba złamać najpierw stereotypy, pojechać na wieś, a czasami wystarczy posłuchać jak śpiewa nasza babcia i zobaczyć, że ta muzyka rzeczywiście w niczym nie ustępuje na przykład muzyce Afryki czy Ameryki Łacińskiej.

ATW: Nie da się ukryć, że muzyka ludowa jest powiązana z obrzędami religijnymi. W Polsce w grę wchodzą katolicyzm, prawosławie, grekokatolicyzm i oczywiście pewne mniej lub bardziej widoczne przejawy pogaństwa. Nawet dziś widzimy pewien renesans pogaństwa, próby rekonstrukcji. Co możesz o tym powiedzieć? Czy istnieją jakiekolwiek powiązania tej tematyki z waszym zespołem, waszą muzyką?

BD: Bardzo subtelnie, ale magiczność i religijność to bardzo istotny element życia społeczności tradycyjnych, trudno byłoby pominąć taki temat. W moim repertuarze jest np. piosenka o Bogu, który płynął na łódce. Ten motyw pochodzi z prasłowiańskiego mitu o pochodzeniu świata. Najpierw był praocean, po którym płynął Bóg z Diabłem na łódce. Bóg wysłał Diabła, żeby ten zaczął przynosić piasek z dna ku górze. Bóg z tego piasku stworzył świat. W piosence jest więc Bóg, z jednej strony chrześcijański i moralny, bo na przykład poucza dziewczęta, by się dobrze prowadziły, ale z drugiej strony płynie na łódce, co jest odwołaniem do tego mitu.

ATW: To teraz odwieczne pytanie: kiedy powstał zespół, skąd nazwa, skąd jesteście, co robicie na co dzień?

BD: Ja pochodzę z Chełma, Tomasz pochodzi z okolic Chełma, Marcin z Krakowa. Spotkaliśmy się w Krakowie, gdzie studiowałam na UJ. Znalazłam Marcina przez internet po tym, jak dałam na Gumtree ogłoszenie, że chcę zakładać zespół. Tomasza znałam wcześniej, założyliśmy zespół trzyosobowy i nie poczuliśmy nigdy chyba braku nikogo więcej – i stąd ten minimalizm. Miałam bardzo dużo szczęścia, bo moi muzycy są fajnymi ludźmi i bardzo się lubimy, spędzamy razem dużo czasu, dzielimy też pasję folklorem. Może nie są aż tak zafascynowani jak ja, ale na wszystko przyjdzie czas.

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Mogło być (trochę) lepiej

22 kwietnia, tuż po cotygodniowej mszy świętej w rycie trydenckim, pozostałem w kościele pw. Najświętszej Marii Panny na wrocławskim Piasku,...

Close