Kanał Rss
Content
Budowa dziur
9 maja 2012

Budowa domów wymaga wiedzy, natomiast wykopywanie rowu jest łatwe i tanie. Zatem kierując się logiką biurokracji, musimy uznać, że kopanie dziur w ziemi jest bardziej efektywne ekonomicznie. I rzeczywiście, w kategoriach obowiązującego w Polsce prawa wykopanie rowu niemal zawsze wygra z budową domu. Co zabawniejsze, niechybnie okaże się, że wprawdzie dziura powinna być tańsza, ale i tak państwo potrzebuje jej najkosztowniejszego modelu, a dzięki „najtańszemu” wykonawstwu chwilę po zakończeniu przetargu (albo jeszcze w trakcie) trzeba będzie dokonywać kosztownych napraw, za które ktoś zbierze dodatkową kupkę pieniędzy.

Budowa wielkiej dziury, przy finansowym wsparciu władz mojego rodzinnego Wrocławia — „w myśl doskonale wypróbowanych zasad laissez-faire’yzmu”, czyli we współpracy z prywatnym biznesem — skłoniła mnie do napisania tego komentarza. Dziura owa miała być elementem większej „inwestycji” (w cudzysłowie, bo inwestycja to żadna), a mianowicie galerii handlowej przy nowo powstałym Stadionie Miejskim we Wrocławiu (Stadionie Śląska Wrocław), realizowanej w ramach nadciągających jak huragan Katrina Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012. Galeria handlowa, nazywana Galerią Śląska, miała służyć za wehikuł finansujący ukochany klub piłkarski wrocławian, tj. WKS Śląsk. Zyski z działalności galerii miały w całości finansować potrzeby klubu. W „inwestycję” ochoczo weszły władze Wrocławia, które dały niespełna siedmiohektarową działkę pod budowę galerii, i właściciel klubu, Zygmunt Solorz. Gdy w 2009 roku Solorz kupił klub, peanom na jego cześć nie było końca. Członek rady nadzorczej Polsatu, mecenas Józef Birka, oznajmiał hurraoptymistycznie: „Centrum handlowe oraz stadion zapewnią nam dochody na wiele lat”.

Wkrótce okazało się, że perspektywa wieloletnich dochodów, tak jak w przypadku innych przedsięwzięć (współ)finansowanych przez państwo, jest cokolwiek iluzoryczna. Prezes Polsatu w pewnym momencie stwierdził, że „inwestycja” nie może być kontynuowana przy pierwotnych założeniach finansowych. I budowa galerii ot tak, po prostu, nie ruszyła. W listopadzie 2011 roku, tj. ponad dwa lata po kupnie Śląska, już oficjalnie można było powiedzieć, że galerii nie będzie — minął bowiem termin cichej umowy, zgodnie z którą właśnie do listopada miały zapaść „jakieś” decyzje w sprawie dalszych losów dziury.

Przedstawiciel władz miasta stwierdził, że zgodnie z umową grunt zostanie Solorzowi odebrany i wystawiony na sprzedaż, aby ktoś inny mógł budowę zrealizować. Jednak według przedstawiciela Solorza w całym interesie, mecenasa Birki, „trwała procedura” polegająca na powołaniu rzeczoznawcy odpowiedzialnego za ustalenie kosztów wykonanych prac (wykopania dziury i jej ogrodzenia). Trwała… i trwała… i trwała. Wyszło na jaw, że umowa zawarta między magistratem a klubem po prostu nie przewidywała zwrotu owych nakładów. Nasza dziura, stała się swego rodzaju zakładnikiem o wadze politycznej.

Wszelkie straty wizerunkowe — szczególnie w obliczu tak epokowego wydarzenia jak Euro 2012 — są bezpośrednim zagrożeniem dla „być albo nie być” polityków. Wielomilionowe wydatki z pieniędzy podatników włodarze Wrocławia mogli przecież znieść — zmiany w sondażach już nie. Stąd pojawiły się pomysły co prawda kosztowne i mocno absurdalne — jak choćby ten z przetargiem na zasłonięcie dziury wielką reklamą — ale przecież uświęcone tradycją obrony legitymizacji władzy wizerunkiem.

Dopiero po pewnym czasie władze zaczęły myśleć rozsądnie. W obliczu kryzysu chciały się wycofać z odwiecznego dotowania WKS Wrocław. Taki był plan, ale od 2009 roku gmina i właściciel Polsatu finansowały klub w równym stopniu. Ta sytuacja miała się zmienić w momencie znalezienia sponsorów dla Śląska przez jego większościowego właściciela. Stworzyło to ciekawą sytuację, bo niejako warunkiem rezygnacji z dotowania klubu przez miasto stało się znalezienie innego źródła kapitału w samym środku światowego kryzysu finansowego. Miasto oczekiwało więc, że Solorz będzie wydatkował pieniądze i energię na poszukiwania niepewnego przyszłego „inwestora”, aby zastąpić tego już istniejącego, czyli pewnego. Dwuletnie poszukiwania sponsorów dla Śląska okazały się oczywiście nieskuteczne.

Jednak przedsięwzięcia, od których zależy los polityków, oferują biznesmenom wykazującym się determinacją w negocjacjach z publicznym partnerem specyficzną poduszkę bezpieczeństwa na trudne kryzysowe czasy.

Dostęp do pieniędzy podatników

Solorz i władze miasta w końcu doszli do porozumienia — biznesmen zgodził się oddać teren w lutym 2012 roku. Solorz nie odszedł jednak z pustymi rękami. Pamiętajmy, że miasto miało się wycofać z finansowania klubu WKS Śląsk. „Czarne chmury nad klubem się rozwiały” 8 marca — obaj właściciele klubu dofinansowali go kwotą 12 milionów złotych. Kontrolę nad pieniędzmi jako większościowy właściciel sprawuje Solorz. Kwota ta jest więc swego rodzaju dotacją dla jego prywatnej inwestycji, na co złożą się podatnicy.

Wkrótce potem druga wielka inwestycja Wrocławia, czyli sam Stadion Śląska, został wyłączony z użytku, ponieważ — jak donoszą różne niepewne źródła — elektryka była niesprawna, albo trawa się jakoś tam popsuła.

Sport zwykł rozbudzać olbrzymie emocje, do których jak do świetnej pożywki doczepiają się politycy. Dotują więc kluby zagrożone bankructwem, dzięki czemu są odbierani przez swoich lokalnych wyborców jako wybawcy. Nikomu nie przeszkadza, że te, by tak rzec, bailouty, rodzą pokusę nadużycia, zachęcając kluby piłkarskie do popadania w jeszcze większe długi. Dzięki temu mogą one pozwolić sobie na wydawanie jeszcze większych pieniędzy na transfery piłkarzy, jak nałogowy hazardzista obiecując, że tym razem na pewno wygrane piłkarskie pozwolą im odbić się od dna. Co oczywiście nigdy się nie dzieje.

Styk biznesu pozwala kreować i umacniać realne więzy interesu między pragnącymi zdobyć dostęp do systemu politycznego przedsiębiorcami a „oferującymi” swoje możliwości regulacyjne (już w sferze biznesu, nie sportu) politykami.

Podsumowanie

Niewiele w tej chwili wskazuje na to, że Euro 2012 wypali, ale niezależnie od tego, czy mistrzostwa okażą się „sukcesem” państwowego konsumpcjonizmu, to możemy być pewni, że politycy nie odkleją się już od piłki nożnej, a wkrótce i nasze kluby zapadną na zadłużeniową europejską chorobę. Tak czy inaczej, niewiele to zmieni — sport, tak jak dotychczas, będzie stanowić łakomy kąsek dla co sprawniejszych politycznych graczy. Ucierpi na tym przejrzystość tego biznesu, którego klientami są wszyscy kibice. Ich emocje nadal będą nakręcać brudną grę polityczną. O czystym sporcie będziemy mogli zapomnieć. I chyba jedyny ratunek dla sportu stanowi świadomość tej gry i odstąpienie od uczestnictwa w niej — dostrzeżenie, że kiedy polityk przedstawia się jako miłośnik sportu, to zapewne jest jego największym wrogiem.

Jan Lewiński

(przedruk za portalem Instytutu Misesa – mises.pl)

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Ciekawa historia rat równych

Poradnik kredytowy z 1912 roku podaje: „Dla człowieka znającego tak zwane podstawowe działania arytmetyczne i nieco ułamków, obliczenie procentu wielkich...

Close