Kanał Rss
Content
Bankowość uczciwa i oszukańcza
9 maja 2012

Nie wszyscy posiadacze kont bankowych interesują się tym, czy bank faktycznie posiada wpłacone przez nich pieniądze – i czy jest w stanie je wypłacić. Tylko niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że żyjemy w świecie bankowości z rezerwą cząstkową, dzięki czemu banki posiadają sumy odpowiadające jedynie pewnej części tego, co klienci wpłacili. Ale nawet “uświadomione” osoby na ogół nie zawracają sobie tym głowy. Uważają, że wszystko jest w najlepszym porządku, albo wzruszają ramionami, wzdychając przy tym: „Cóż, zapewne ktoś mądrzejszy to wymyślił i widocznie tak już musi być…”.

Spójrzmy na problem depozytów bankowych tak, jak robi to wybitny ekonomista Hans Hermann Hoppe w pracy Ekonomia i etyka własności prywatnej” (a konkretniej w rozdziale „Jak może istnieć pieniądz fiducjarny albo degeneracja pieniądza i kredytu”).

Powiedzmy najpierw, że Hoppe postuluje stuprocentowe depozyty na żądanie w złocie. Każdy banknot lub papier wartościowy miałby pokrycie w konkretnej ilości zgromadzonego kruszca. Oczywiście przez wiele stuleci na tym opierał się pieniądz, obecnie jednak żyjemy w systemie pieniądza „pustego”, a jedynym, wielce zawodnym, gwarantem zaufania, jest rząd, który te papierki drukuje. Nie o samym standardzie złota będziemy jednak mówić.

Hoppe wyróżnia dwa zadania banków, o których mówi, że są „ściśle odrębne”. Pierwszym jest przechowywanie pieniędzy, a więc funkcja depozytowa. Klient wpłaca pieniądz towarowy, a w zamian otrzymuje kwity, które może w dowolnej chwili wymienić z powrotem na pieniądz po cenie nominalnej. Każdy kwit odpowiada określonej ilości prawdziwego pieniądza. Bank nie wypłaca odsetek – to deponent płaci bankowi za usługę przechowywania i rozliczania. Na tym polega bankowość ze stuprocentową rezerwą. Hoppe pisze: Na każdy nowo wydany kwit depozytowy przypada równoważna ilość pieniądza wycofana z obiegu (…)”.

No dobrze, powie ktoś, ale czy to wszystko? Bank ma być jedynie dużą świnką-skarbonką, w której gromadzimy niewygodne w użyciu złoto czy inny kruszec, dostając za to poręczne papierki? Mało!

Istotnie, druga funkcja banku (przypomnijmy – zupełnie oddzielna!) to funkcja kredytowa, czyli pośrednictwo między oszczędzającymi a inwestorami. W tym wypadku oszczędzający pożycza bankowi pieniądze na określony okres czasu. Bank zobowiązuje się po upływie tego czasu zwrócić pieniądze wraz z ustalonymi uprzednio odsetkami. Jak pisze Hoppe: Z punktu widzenia oszczędzających, wymieniają oni obecny pieniądz na obietnicę przyszłego pieniądza: odsetki stanowią ich nagrodę za wykonywanie funkcji czekania”. Bank pożycza pieniądze dalej, przekazując je inwestorom, którzy zobowiązują się zwrócić je wraz z odsetkami. Dochodem banku jest zatem różnica między odsetkami płaconymi oszczędzającym i pobieranymi od pożyczających. Wszystko jest w porządku – ilość pieniądza nie wzrasta, mamy stuprocentowe rezerwy.

Co się jednak dzieje, gdy pomieszamy dwie opisane funkcje: depozytową i kredytową? No cóż, na tym polega miłościwie nam panujący system. Deponenci otrzymują odsetki, a oszczędzający – prawo do wypłaty na żądanie. Taki bank bazuje na tym, że na ogół ludzie nie przychodzą w tym samym momencie, aby wybrać całość swoich wkładów (zjawisko takie nazywamy „runem” na banki). Bank zachowuje jedynie tyle pieniędzy, ile wynoszą przeciętne codzienne wypłaty, resztę wypłaca natomiast kredytobiorcom. Dochodzi do kreacji fikcyjnego pieniądza, która dziś uważana jest powszechnie za normę i oczywistość.

Mówi się, że system ten jest korzystny dla wszystkich, a poza tym powstaje wskutek wolnej umowy między zainteresowanymi. Hoppe obala te argumenty. Najpierw odwołuje się do pojęcia sprawiedliwości: w tym systemie dochodzi do sytuacji, w której deponenci teoretycznie w dalszym ciągu pozostają właścicielami funduszy, które bank przekazał kredytobiorcom. Oznacza to, że deponent i kredytobiorca jednocześnie uprawnieni są do pełnej kontroli nad tymi samymi pieniędzmi, co jest „niemożliwością prawną”. Bank, który tak postępuje, nie może wypełnić swoich zobowiązań umownych.

No cóż, założmy jednak, że deponenci godzą się na to (w rzeczywistości zazwyczaj nie zdają sobie z tego sprawy lub nie myślą o tym). Wydawałoby się, że to po prostu ich wybór.

Gospodarka jest jednak układem naczyń połączonych: banki, deponenci i kredytobiorcy wchodzą w relacje z innymi podmiotami na rynku. Otóż bank, który postępuje w podany sposób, w istocie zwiększa sztucznie podaż pieniądza. Jest tak, ponieważ bank daje kredytobiorcom albo realne pieniądze (nie wycofując odpowiedniej ilości papierów), albo rachunki czekowe (nie wycofując z obiegu prawdziwego pieniądza). Na rynku pojawia się zatem większa ilość pieniądza, niż wcześniej. Jego siła nabywcza zmniejsza się, mamy do czynienia z inflacją. Jest to niekorzystne dla społeczeństwa i stawia w uprzywilejowanej pozycji banki i kredytobiorców. Dalekosiężną konsekwencją tego jest cykl koniunkturalny, który „austriacy” uważają m.in. za przyczynę słynnego Wielkiego Kryzysu.

O co chodzi? Otóż sztucznie zawyżona ilość kredytu przekłada się na jego niższą cenę. To jest fałszywy sygnał, który skłania przedsiębiorców do zaciągania pożyczek, których w normalnych warunkach by nie zaciągnęli. Kredyt polega jednak na tym, że wierzyciel teraz powstrzymuje się od konsumpcji określonych dóbr za obecnie posiadane pieniądze – w zamian za obietnicę większych pieniędzy w przyszłości. W wypadku, który rozważamy, takiego poświęcenia nie ma – kredyt bierze się z niczego, pieniądz jest sztucznie wytworzony, inwestorzy mają złudne wrażenie, że oszczędności wzrosły. Wycofują dostępne obecnie zasoby, aby przeznaczyć je na przyszłe dobra kapitałowe. Ceny dóbr kapitałowych rosną więc w stosunku do cen dóbr konsumpcyjnych. Później jednak do głosu dochodzi rzeczywista stopa preferencji czasowej społeczeństwa (czyli stopień, w jakim woli ono dobra obecne od przyszłych). Wówczas rosną ceny dóbr konsumpcyjnych, stopa procentowa także rośnie, a część inwestycji dokonanych za fikcyjne kredyty okazuje się błędna. W efekcie dochodzi do recesji i obniżenia się ogólnego poziomu życia. Okazuje się więc, że działania banków – pozornie dotyczące tylko trójkąta “oszczędzający – bank – kredytobiorca” – mają znacznie szersze konsekwencje.

Adam T. Witczak

 

Hans Hermann Hoppe, Ekonomia i etyka własności prywatnej, Fijorr Publishing, Warszawa 2011.

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 1 , Średnia: 5.00 na 5.00)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Chciało się więcej i więcej… relacje z Thanks Jimi 2 maja 2012

Na wyspę dotarłam w momencie, gdy na scenie grał jeden z najlepszych polskich basistów Wojciech Pilichowski w swoim nowym projekcie...

Close