Kanał Rss
Content
„Wyspy szczęśliwe” Wioletta Sawicka, wydawnictwo: Prószyński i S-ka
3 lipca 2017

Zanim zacznę ten przydługi wstęp, muszę przyznać, że po książkę tę zdecydowanie warto sięgnąć nawet wówczas, kiedy z literaturą obyczajową nie mamy wiele wspólnego. „Wyspy szczęśliwe” to nie jest kolejny ckliwy romans zakończony happy endem (których w książce też nie brakuje), raczej historia o sile przyjaźni, wytrwałości i miłości, które pojawić się mogą nawet wówczas, kiedy najmniej się tego spodziewamy. To wreszcie dla mnie historia o Mazurach, którzy w przedwojennej i powojennej historii Polski nie pasowali nikomu.

Nie ukrywam, że w przeważającej większości wypadków do książek obyczajowych podchodzę nieufnie. Nie tylko dlatego, że uważam takie pozycje raczej za czytadła, do których sięga się tylko po to, aby samemu się dowartościować, ale po części trochę tak jest. I trzeba powiedzieć sobie wreszcie „i dobrze, tak też można”. Z tym, że raczej osobiście staram się kierować wzrok ku innym gatunkom literackim. Zatem tym bardziej cieszę się i odczuwam wdzięczność, kiedy w moje ręce wpadnie książka, która każe mi na nowo zweryfikować wcześniejsze doświadczenia i jeszcze raz rozważyć, czy aby dobrze mieć taki anachroniczny pogląd. Za to sprowadzenie na ziemię i udowodnienie, że literatura kobieca wcale nie musi być infantylna i monotematyczna dziękuję pani Sawickiej.

Zaczyna się banalnie. Młoda i naiwna ze wszech miar Joanna wraca do domu z podroży i odkrywa, że jej wspaniały i kryształowo czysty mąż narobił długów, zastawił dom i na domiar wszystkiego uciekł, pozostawiając cały ten bałagan do posprzątania żonie, która jeszcze do niedawna nie miała pojęcia, że takie rzeczy jak pieniądze, hipoteka czy komornicy naprawdę istnieją. Przesada? Niekoniecznie. Jednak trzeba przyznać, że główna bohaterka „Wysp szczęśliwych” szybko przekonuje się, że życie nie jest wcale tak łaskawe, jak mogło się jej wcześniej wydawać.

„Pamięta dokładnie te wszystkie ciepłe uczucia, które towarzyszyły jej od bramy do wejścia do domu. Z niecierpliwością dziecka przekręcała zamek w drzwiach, a gdy je otworzyła i z rozkoszą wciągnęła w nozdrza znajomy zapach, była w euforii”.

Z drugiej jednak strony poznajemy Martę. Staruszkę mieszkającą na Mazurach, kobietę, która w swoim życiu doświadczyła prawdziwego okrucieństwa, a która pomimo przeciwności losu nadal potrafi zachować optymizm i pogodę ducha. Wraz ze staruszką mieszkają i inni rozbitkowie życiowi, których los połączył w jedną rodzinę. I mimo iż wszyscy borykają się tutaj z własnymi demonami, to na co dzień starają się być dla siebie wsparciem i czerpią siłę z siebie nawzajem.

“Chciała wstać, lecz nie mogła się ruszyć. Tak strasznie bolała ją noga, ciało prawie przymarzło do śniegu. Było jej zimno. Bardzo zimno. Tak jak jeszcze nigdy. I czuła strach tak wielki, jakiego jeszcze nie znała. Płakała długo, żałośnie, ale nikt w wielkim lesie jej nie słyszał, żadne z kilkunastu leżących wokół ciał nie drygnęło. Była zupełnie sama”.

Na pozór wydaje się, że książka pani Sawickiej nie jest ani odkrywcza, ani szczególnie wyróżniająca się na tle innych tego typu książek. Jednak to tylko pozory. Siła tej opowieści drzemie przede wszystkim w bohaterach, którzy nie są jedynie dwuwymiarowymi, fikcyjnymi postaciami stworzonymi na potrzeby dzieła literackiego, ale pełnokrwistymi osobami, ze swoimi wadami, zaletami i osobowością. Bo, co jak co, ale osobowości postaciom narysowanym na kartach książki nie można odmówić. Drugim ważnym atutem jest sposób prowadzenia narracji, historia ani przez chwile nie nuży, a co najważniejsze (no, może z małymi wyjątkami na końcu), nie sprowadza się jedynie do banalnych, ckliwych i spłaszczonych rozwiązań. Pewne uproszczenia służą tutaj pokazaniu, że w ludziach, czy wierzymy w to jeszcze czy już nie, tlą się resztki, a w niektórych przypadkach nawet i pokłady dobra i człowieczeństwa. Bo czyż czasami nie potrzeba w naszym życiu tylko tego, aby ktoś nas zapewnił, z ciepłem i życzliwością w głosie, że będzie lepiej? I takie właśnie przesłanie zapamiętam po lekturze „Wysp szczęśliwych”.

Dla mnie największym atutem książki jest poruszenie kwestii Mazurów, którzy w czasie II wojny światowej wcielani byli do jednostek Wermachtu, a po wojnie traktowano ich jako ludność niemiecką. To ważne, aby literatura mówiła o naszej wspólnej historii, która nierzadko jest bardziej skomplikowana i bolesna, niżby mogło się wydawać.

Poniżej zamieszczam jeszcze wiersz, który z pewnością po lekturze „Wysp szczęśliwych” niejednej czytelniczce pozostanie w pamięci.

Prośba o wyspy szczęśliwe

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

Pokaż mi wody ogromne i wody ciche,
rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych,
dużo motyli mi pokaż, serca motyli przybliż i przytul,
myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością.

Konstanty Ildefons Gałczyński

Agnieszka Rewucka

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł