Kanał Rss
Content
Wspomnienie z wojny obronnej w 1939 roku
23 marca 2012

W tym roku obchodzimy 73 rocznicę rozpoczęcia II wojny światowej. Często mówi się, że była to nasza klęska – klęska Polski. Moje zdanie jest odmienne i mam ku temu prawo, bo brałem udział w tej wojnie jako ochotnik Armii Poznań. Ochotnik – gdyż miałem lat zaledwie 19, a więc nie podlegałem mobilizacji.

1 września władze Kobylina, w którym mieszkałem, przeniosły się do Śremu. Pozostali tylko Niemcy. Istniała więc groźba grabieży opuszczonych domów oraz ekscesów niemieckich. Dlatego stworzyliśmy Straż Obywatelską wraz ze S. Polańskim, W. Leczkiewiczem, F. Paluszkiewiczem. Kiedy po trzech dniach saperzy z pułku krotoszyńskiego wysadzili most na Rzędziący, wyjechaliśmy z Kobylina rowerami w stronę centralnej Polski, by wstąpić do armii. Nocowaliśmy w Choczu i rankiem ruszyliśmy przez Stawiszyn do Konina. Stacjonowała tam kolumna kapitana Maciejewskiego. Natychmiast udałem się do niego i wyraziłem gotowość zaciągnięcia się. Odmówił kategorycznie, tłumacząc, że nie ma odpowiedniej ilości mundurów i wyposażenia. Pokazałem mu zaświadczenie podpisane przez płk Kucharskiego, dowódcę czwartego okręgowego szpitala wojskowego w Poznaniu. Zaświadczenie potwierdzało przejście kursu przygotowania do frontowej pomocy chirurgicznej. Widząc to, kapitan Maciejewski powiedział: „Przyjmuję, ale jeżeli przejmiecie opiekę nad moim oddziałem”. Odpowiedziałem: „Zgoda, ale mam jeszcze dwóch kolegów ze Straży Kobylińskiej – proszę przyjąć ich jako sanitariuszy”. Kapitan zgodził się.

Po umundurowaniu i wyekwipowaniu, udaliśmy się do majątku bankiera Kwileckiego. Tam otrzymaliśmy 48 koni i 24 wozy z woźnicami. W pałacu zorganizowałem placówkę sanitarną. Następnie udaliśmy się do Konina po sprzęt chirurgiczny oraz lekarstwa ze szpitala i aptek.

Ruszyliśmy ku głównej trasie do Warszawy. W Kole powiększyłem swoją „kadrę chirurgiczną” o trzy pielęgniarki ze szkoły w Poznaniu. Wśród nich była późniejsza profesor Maria Beiger.

Pod Kłodawą zaatakowali nas niemieccy „partyzanci” z V kolumny, którzy mieli przeszkadzać nam w obronie Ojczyzny. W starciach poległo kilku naszych żołnierzy; byli też ranni. Do jednego z nich, leżącego pod bramą, sanitariusze nie mogli dotrzeć z powodu ostrzału. Poszedłem więc sam. Za pomocą długiej tyki zamknąłem bramę i niezauważony przez Niemców opatrzyłem krwawiącą ranę, po czym sanitariusze przenieśli rannego do naszego punktu, gdzie wykonałem zabieg podwiązania gałązki tętnicy w dole podkolanowym. Była to moja pierwsza samodzielna operacja chirurgiczna.

Pod Krośniewicami, przeżyłem osobliwe wydarzenie: przy drodze stała z kotłem starsza Żydówka i częstowała polskich żołnierzy ciepłą zupą warzywną z ryżem i grochem.

W Kutnie płk. Kucharski kierował głównym lazaretem wojskowym. Zdałem mu transportowanych rannych. Potem ruszyłem pod Łęczycę i do Topoli Królewskiej. Tu rozegrało się główne natarcie Niemców. Po stronie polskiej walczyła Armia „Poznań” Kutrzeby i Armia „Pomorze” Bortnowskiego. Niemcy zdobyli Łęczycę, a pułk gnieźnieński zaatakował ich od strony Bzury. Niestety, Polacy musieli się cofnąć. Drugie natarcie, od strony wąskotorówki ze Siedlca, prowadził pułk 60-ty. Walczył tam mój brat Stefan –dowódca plutonu karabinów maszynowych.

W Topoli mój starszy kolega z Poznania, Bandurski, był dowódcą lazaretu pierwszej linii frontowej. Następnego dnia jechaliśmy w kierunku Warszawy. Pod Żychlinem sytuacja była tragiczna – silne oddziały niemieckie udaremniały nasze posuwanie się naprzód. Znaleźliśmy się w bardzo trudnej sytuacji. Kapitan postanowił wysłać kogoś na zwiady. Nikt się nie zgłosił, więc wystąpiłem z szeregu, zdjąłem opaskę Czerwonego Krzyża, wziąłem karabin i dwa granaty, a potem poszedłem w kierunku frontu do Walewic, gdzie rozgorzała zacięta walka Polaków z Niemcami. W tej sytuacji zawróciłem. Mój oddział udał się już w kierunku Wyszogrodu. Zdecydowałem się iść za nim do Warszawy.

W Jabłonnej w pałacu księcia Poniatowskiego miałem salę operacyjną z łóżkami i urzędowałem jako chirurg. Wielu żołnierzy poszło dalej – przez Warszawę w kierunku Garwolina, gdzie sytuacja też była trudna. Musieliśmy się cofać w kierunku Wawra. Tam, w domku admirała Floty Polskiej, zorganizowałem kolejną placówkę, drugą zaś w szkole na Pradze koło kościoła św. Floriana. Później musiałem się przenieść do Browaru Haberbuscha i Schillego przy ulicy Grzybowskiej 45. Zorganizowałem tu dobrze wyposażoną salę operacyjną i operowałem lekko rannych. Ciężkie przypadki przewoziłem do szpitala w podziemiach kościoła św. Krzyża.

Niemcy zbombardowali studnię artezyjską, zaopatrującą mieszkańców Woli w wodę, ponieważ wodociągi były uszkodzone. Nasz dowódca zaapelował, aby ochotnicy poszli na Pragę i przyprowadzili stamtąd pluton saperów. Ruszyliśmy wozem w kilka osób, ale przy Ogrodzie Saskim bombardowanie było tak nasilone, że moi współtowarzysze odmówili dalszej drogi i zostałem sam. Przy pomniku Mickiewicza odłamek zranił mnie w kręgosłup szyjny. Mimo to nie przerwałem mojego marszu i sprowadziłem saperów.

28 września (po kapitulacji) przed naszą kwaterą zatrzymały się trzy szare mercedesy. Z jednego wysiadł kpt. dr Gerhard Stein, dowódca 525 jednostki chirurgicznej IV Armii Niemieckiej na Śląsku, mianowany komendantem lazaretu, w którym znajdowali się ranni polscy. Zainteresował się rannymi i wyraził uznanie dla mnie, pytając: „Jak to się stało, że jednakowo starannie traktował pan Niemców (wrogów) i Polaków – swoich rodaków?”. Przypomniały mi się wówczas słowa wykładowcy, prof. Wrzoska, że „ranny wróg nie jest już wrogiem”. Zaczęło się rozwożenie naszych rannych do polskich szpitali, a Niemców – do niemieckich.

30 września dr Stein zabrał mnie do swej placówki w Kozerach Wielkich, gdzie rozkazał swoim ludziom „uczcić bohaterstwo polskich żołnierzy pod Łęczycą i Kutnem”. Wówczas niemiecki porucznik powiedział, że Polacy mordowali w Bydgoszczy bezbronnych Niemców. Sprostowałem, że to Niemcy zaatakowali bezbronnych Polaków. Mimo tego incydentu dr Stein wręczył mi zaświadczenie, iż nie muszę iść do niewoli i mogę wracać do domu. Odwiózł mnie do Łodzi, skąd ruszały już pociągi do Krotoszyna.

Kapitan Stein po wojnie napisał do mnie list, w którym pisał, że nasze walki pod Węgierską Górką, Częstochową, Łęczycą i Westerplatte były raczej przyczyną naszego zwycięstwa niż klęski. Dlaczego? Otóż okazało się, że po ich ustaniu Hitler zwołał swój sztab i oświadczył, że chce lądować w Anglii. Generałowie sprzeciwili się gwałtownie, oświadczając, że armia niemiecka poniosła straty, na których odbudowanie potrzeba najmniej pół roku. Hitler ustąpił – i nie wylądowali ani wtedy, ani nigdy.

W Łęczycy zginęło 30 tysięcy żołnierzy polskich i niemieckich, a także sześciu generałów z obydwu stron. Dlatego uważam, że pod Łęczycą to my spowodowaliśmy, że Niemcy ostatecznie przegrali tę wojnę w 1945 roku.

prof. Gerwazy Świderski

(część druga przemówienia prof. Gerwazego Świderskiego – prezydenta Światowej Federacji Chirurgów Kręgosłupa w Genewie i dyrektor pierwszej w świecie Kliniki Kręgosłupa we Wrocławiu)

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
“Słowo Wrocławian” na Targach TARBUD 16-18 marca 2012

Od 16 do 18 marca 2012 roku "Słowo Wrocławian" gościło na Międzynarodowych Targach Budownictwa TARBUD w Hali Stulecia. W przedsięwzięciu...

Close