Kanał Rss
Content
Wrocław przereklamowany
16 lipca 2012

Ulice naszego miasta zaczęły mienić się wszystkimi barwami tęczy dopiero na początku lat 90., kiedy dumnie wkroczył na nie rodzimy kapitalizm. Jego podstawową bronią była i jest reklama, zajmująca kolejne powierzchnie – dawniej szare i puste. Czy można sobie wyobrazić Wrocław bez tego wszechogarniającego zjawiska?

To prawda, że reklama istniała od zawsze, jednak po niemal półwieczu zmonopolizowanej gospodarki państwowej, rozlała się po całym mieście niczym kubeł kolorowej farby w postaci sloganów, haseł na wielkich i małych płachtach, ścianach zabytkowych budynków czy osiedlowych blokach. We wszystkich tych miejscach trwale zaistniały (legalnie lub nie) najrozmaitsze ogłoszenia – od nieruchomości po wybielającą pastę do zębów. Mimo rozwoju internetowego rynku reklamy, w sferze miejskiej wciąż w najlepsze funkcjonuje afiszowa wolnoamerykanka.

Sondaże społeczne potwierdzają, że reklamy na murach, przystankach, billboardach i budynkach są źle postrzegane zarówno przez mieszkańców miasta, jak i przez turystów. Nie tylko zaburzają one pierwotną architekturę, ale pozostawiają ogólny niesmak – zwłaszcza że mało kto zwraca uwagę na treść ogłoszeń. Trzeba dodać, że wiele reklam traci na aktualności, ogłaszające się firmy upadają, zmieniają nazwy bądź adresy. Pomimo tego, wyblakła plandeka ogłoszenia otula zardzewiały płot i nierzadko ogranicza widoczność.

Ale jeszcze w czasach Polski Ludowej reklama (choć definiowana zupełnie inaczej niż obecnie) była obecna na ulicach Wrocławia. Do dziś można natknąć się na ten „przedpotopowy” marketing przy ulicach Włodkowica, Polaka czy Kołłątaja. Ostatni z adresów kryje nieoceniony skarb – reklamę pierwszej telefonii komórkowej w Polsce z lat 90. Pozostałe dotyczą gier losowych czy ubezpieczeń. Zostały stworzone metodą dzisiejszych murali. Nikt wtedy jeszcze nie słyszał, przynajmniej w bloku państw socjalistycznych (nie było też zresztą takiej potrzeby) o reklamie wielkopowierzchniowej, czyli tzw. billboardach lub megaboardach – o niestandardowym formacie, przekraczającym powierzchnię 50m².

Na zalew pstrokatych reklam szczególnie narażone są dzielnice oddalone od centrum i trasy wylotowe, ale i „główna strefa” miasta nie może czuć się bezpiecznie (choćby ze względu na brak podstawowych unormowań prawnych).

Niemal równo rok temu w polskim kodeksie umieszczono zapis dotyczący możliwości eksponowania reklam wielkoformatowych zasłaniających okna w budynkach  mieszkalnych. Zakaz ich wieszania wprowadziła nowelizacja rozporządzenia Ministra Infrastruktury. Odtąd każda reklama, która będzie zabierała światło mieszkańcom budynków wielorodzinnych, stanie się nielegalna, a zarządzający budynkiem lub jego właściciel zostanie ukarany w przypadku ociągania się ze zdjęciem afisza. Nadzór budowlany będzie upoważniony do nakazania rozbiórki i nałożenia 50 tys. zł grzywny na spółdzielnię i wspólnotę oraz 10 tys. zł na osobę fizyczną. Co w zamian? Ustawodawca zezwala na obecność reklam na fasadach budynków mieszkalnych pod warunkiem, że te nie będą ograniczały dostępu dziennego światła do mieszkań. Reklamy wielkoformatowe mogą zatem nadal wisieć na ścianach pozbawionych okien, przykrywać okna klatek schodowych lub fasady lokali użytkowych. Wyjątkiem pozostają także reklamy przykrywające elewację budynku na czas jego remontu.

Tak czy inaczej reklama pozostaje jednym ze składników miejskiej ulicy. O tym, jak ważny i trwały to element, łatwo można się przekonać, analizując spreparowane fotografie  Gregora Grafa z cyklu „Hidden town”. Jest to próba spojrzenia na miasto z innej perspektywy. Co się stanie, jeśli pozbawimy je reklam? Austriacki fotograf wymazuje komputerowo z miejskich przestrzeni zbędne dekoracje: ludzi i pojazdy. Nie ma tam też neonów, szyldów i zwykłych napisów. Zostają surowe gmachy budynków, czyli niejako naturalny miejski krajobraz. Stan surowy. Na jednym ze zdjęć mamy np. warszawskie rondo de Gaulle’a, jakże wyciszone i opustoszałe.

Zdawać by się mogło, że to tylko projekt i artystyczna wizja, ale praktyka niektórych miast pokazuje, że akcja skrajnego oczyszczania jest jak najbardziej realna i leży w gestii skutecznej władzy. Przekonali się o tym mieszkańcy brazylijskiego Sao Paolo, którzy od 2006 roku, kiedy wybory na gospodarza miasta wygrał Gilberto Kassab, są świadkami znikania  zewnętrznych reklam z ulic. Usuwa się zarówno ogłoszenia wielkoformatowe, jak i te na pojazdach komunikacji miejskiej. Te szyldy, które pozostają na swoich miejscach, nie mogą przekraczać określonych rozmiarów.

Jeśli powyższy przykład wydaje się niektórym abstrakcją i formą brazylijskiego antykarnawału, nie mającą wiele wspólnego z polskimi realiami, a tym bardziej z Wrocławiem, warto zwrócić uwagę na przykład Krakowa. Tamtejszy prezydent Jacek Majchrowski wprowadza w życie projekt o nazwie „Park kulturowy”.

Zgodnie z ustawą z roku 2003, parki kulturowe mają służyć ochronie zabytków, okazuje się jednak, że ustawa pomaga dodatkowo przywrócić ład estetyczny wydzielonego terenu. Chodzi o zakaz „umieszczania tablic, napisów, ogłoszeń reklamowych i innych znaków niezwiązanych z ochroną parku kulturowego”. Park kulturowy może obejmować także przestrzeń pozamiejską, jak Kotlina Jeleniogórska, gdzie rzeczywiście został powołany do życia. Projekt krakowski jest z kolei pierwszym, który obejmuje swym zasięgiem ścisłe centrum, z zamiarem poszerzenia o inne dzielnice historyczne, jak Kazimierz.

Dobrym wzorem do naśladowania, o ile nie najlepszym, może być Europa Zachodnia. W Niemczech ściśle opracowane przepisy prawne z zakresu przestrzeni miejskiej pozwalają wyeliminować problem nadwyżki reklam. Miasto zyskuje na estetyce, a poza tym wyciąga się praktyczne wnioski ze starej zasady, która mówi, że zbyt duża dawka informacji staje się dezinformacją.

 

Michał Ratajczak

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 1 , Średnia: 5.00 na 5.00)
Loading...

Read previous post:
Dźwig wznosi w górę wielki gmach…

Głośno w ostatnim czasie o kryzysie w branży budowlanej. Oczywiście samo pojęcie „branża budowlana” jest bardzo szerokie: jedni budują domy,...

Close