Kanał Rss
Content
Wrocław po “apokalipsie”
12 listopada 2015

Często nadużywamy pojęcia „apokalipsa”, korzystając z niego w różnych kontekstach, niekiedy nawet w odniesieniu do bałaganu w mieszkaniu, który „sam się zrobił”. Samo pojęcie zarówno w judaizmie, jak i chrześcijaństwie oznacza szczególnego rodzaju proroctwo końca świata. Czasy współczesne znacznie zeświecczyły tego rodzaju przepowiednie.

I tak, współcześnie wszyscy bardzo lubimy książki i filmy traktujące o katastrofach i zjawiskach niezwykłych, które do rzeczonego końca świata prowadzą, jeżeli w ostatniej chwili ktoś (najczęściej Prezydent Stanów Zjednoczonych) nie uratuje świata od zagłady. Niezwykłe jest to, że w takich produkcjach nie występuje Bóg, a w każdym razie nie jest jakoś szczególnie istotny. Za to pełno w nich odwołań a to do roku 2000, a to 2012, czy też innych numerologicznych odniesień. Są wreszcie fabuły, w których opisuje się świat po takiej świeckiej apokalipsie, w którym ktoś tam przetrwał i w resztkach, jakie po współczesnej cywilizacji pozostały, próbuje jakoś żyć. Jak już wspominałem, najczęściej „koniec świata” w mainstreamie dzieje się w Stanach Zjednoczonych, niekiedy w reszcie świata, a przynajmniej ta lepsza jego część może jakoś kibicować „dobru” w jego powstrzymaniu. Zdarza się czasem, że dostąpi możliwości włączenia się w szerszym zakresie np. pomocą technologiczną. Oczywiście USA jest zawsze na wyższym poziomie, ale od czasu do czasu czegoś im tam potrzeba.

Tyle tytułem wesołego, jak na temat, wstępu. Problem, którym chciałbym czytelnikowi zająć chwilę, jakoś wesoły nie jest. Chodzi o powieść Roberta J. Szmidta pt. „Otchłań”. Rzecz jest o takim właśnie świecie po katastrofie, ratować nie ma czego. Książkę, mimo iż czyta się błyskawicznie, to jednak trzeba dodać sarkastycznie, że czyni się to z „nieprzyjemnością” i, żeby było jasne, chodzi tu o smutny odhumanizowany post-apokaliptyczny Wrocław. Nie będę tu autorowi książki zabierał chleba i streszczał powieści. Wszystkim radzę przeczytać, nie jest to jakiś szczególny trud intelektualny, szczególnie szybko pójdzie teraz w długie zimowe wieczory, chociaż ciemności mogą niejednego czytelnika dodatkowo przygnębić. Do tego trzeba dodać okoliczności polityczne samego początku katastrofy, które gdzieś się tam pojawiają, a o których można powiedzieć, że zdają się być podobne do obserwowanych przez nas w mediach. W ogóle wydawało się kilka lat temu, że kwestia wojny atomowej została znacznie w tego typu fabułach ograniczona na rzecz kosmitów, spisku nieodpowiedzialnych kapitalistów lub wspominanej powyżej zmowy liczb w kalendarzu. A tu proszę, we wspomnianej powieści kwestia wraca wraz z całym odpowiednio strasznym realizmem. Wizja tego, do czego może doprowadzić nieodpowiedzialna polityka opisana w realiach miejsca, w którym żyjemy, sympatyczna nie jest i nie ma takiego zamiaru. Nie tylko w jednej książce. „Otchłań” jest bowiem jedną z wielu napisanych w ramach literackiego uniwersum pozostającego w tych samych realiach świata wykreowanego przez rosyjskiego pisarza Dmitrija Głuchowskiego w jego powieści „Metro 2033”, dziejącej się moskiewskim metrze w tytułowym roku.

W „Otchłani” mamy do czynienia z tą samą rzeczywistością. ,,Nasi’’ są bohaterowie i wrocławskie podziemia, w których żyją, także te, które znamy z naszych miejskich mitów. Niestety powieść nie jest optymistyczna, nic właściwie nie idzie w dobrym kierunku, a koniec jest znacznie gorszy niż początek. Być może tego typu pesymistyczne spojrzenie pozwoli czytelnikowi z większą troską patrzeć na miasto, które ogląda dziś, niż skupić się wyłącznie na ekscytacji wynikającej z opisu swej własnej dzielnicy po katastrofie nuklearnej. Konstrukcja powieści jako swego rodzaju przewodnika po post-nuklearnym Wrocławiu na pewno jest pomysłem godnym uznania, chodź, żeby było jasne, mi osobiście przeszkadzają opisy mutacji zarówno roślinnych, jak i tym bardziej zwierzęcych, jakie wytworzyły się w ciągu zaledwie 20 lat. Katastrofa w świecie „Metra” wydarzyła się bowiem w roku 2013. Poza tym niektóre rzeczy w trakcie rozwoju fabuły wydarzyły się nie wiadomo po co, chyba że doczekamy się części drugiej, której na pewno należy autorowi i czytelnikom życzyć. Może tam zdarzy się coś optymistycznego, co pozwoli na powrót do wiary w społeczeństwo.

Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim sięgnięcia po powieść i spędzenia kilku wieczorów w ciepłych mieszkaniach przy tej jakże „nieprzyjemnej lekturze”. Jeżeli ktoś odczuje przy tym swoisty niedosyt strachu, to może dodatkowo sięgnąć po inne powieści z wspomnianego projektu.

Piotr Sutowicz

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Porno na teatralnych deskach?

W ostatnich dniach zrobiło się głośno o spektaklu „Śmierć i dziewczyna”, jaki ma być wystawiony w jednym z wrocławskich teatrów....

Close