Kanał Rss
Content
Nie szata zdobi… kamienicę
1 marca 2014

Od lat głośno mówi się o planie „100 kamienic”, który realizowany jest stopniowo każdego sezonu. Pięknieją coraz to nowe pierzeje, a zwyczajny obywatel zaczyna wierzyć w mit corocznego remontu 100 kamienic. Tymczasem barwne wydmuszki fasad ze styropianu i PCV kryją bardziej przytłaczającą prawdę o kamienicznym cudzie.

Powojenną historię wrocławskiej architektury można określić jednym słowem – rozbiórka. Burzono wtedy na potęgę z powodu nienawiści do zaborcy, złego stanu technicznego lub zapotrzebowania na materiał budowlany w innych rejonach kraju. To, co ocalało, niestety nie doczekało się należytego szacunku. O ile gmachy użyteczności publicznej szybko i sprawnie odrestaurowano, o tyle budynki mieszkalne zajmowały ostatnie miejsce na liście remontowej Urzędu Miasta.

Najbardziej przerażające jest, że pomimo upływu 69 lat w 780 budynkach na terenie miasta lokatorzy wciąż korzystają ze wspólnych toalet i ogrzewają swoje mieszkania piecami kaflowymi. Zabawny epizod sąsiedzkich kłótni pod takim wychodkiem, znany z serialu „Świat według Kiepskich”, to faktycznie „kiepski” żart i rzeczywistość wielu mieszkańców Wrocławia. Miasto, które wkrótce będzie europejską stolicą kultury, wykazuje się jej brakiem, skazując obywateli na życie w warunkach rodem z powieści Bolesława Prusa.

Pretendując do miana miasta rozwojowego, stosuje się tutaj metody nieaktualne od ponad stulecia. Według prawa budowlanego z 1908 r. (!) zabrania się budowy wspólnych ubikacji dla więcej niż dwóch rodzin. Tymczasem kanalizacyjne relikty wciąż są powszechne na klatkach kamienic i doprawdy sporadycznie dochodzi do ich przebudowy. Nie buduje się już wspólnych toalet, ale należałoby dostosować warunki bytowe mieszkańców do standardów XXI wieku.

W zamian proponuje się pięknie odświeżone elewacje ze styropianową izolacją, poliuretanową sztukaterią, plastikowymi oknami w kolorze orzecha, wieńcząc dzieło jedną z pstrokatych wersji kolorystycznych. Często zupełnie zapomina się przy tym o dobrym guście, poprawności historycznej czy chociażby potrzebach lokatorów. Ci ostatni w ogóle wydają się być niezauważani. Remonty trwają bez względu na to, czy fundamenty i mury są suche. Doprowadza to do tego, że nowe gładzie pleśnieją, farba odpada, przez nowe okna wieje bardziej niż poprzednie, a tynki sypią się na głowę. Po wszystkim ekipa znika z miejsca remontu. Przez jakiś czas budynek cieszy oko, aż do pierwszych deszczów lub mrozów. Wtedy okazuje się, że z dobrych chęci magistratu pozostaje tylko zgryzota lokatorów, bo urzędnicy umywają ręce lub ignorują apele i reklamacje. W ten sposób mieszkańcy codziennie przenoszą się swoim, już wyremontowanym, wehikułem czasu do XIX wieku.

8/100

Po przeanalizowaniu pięciu lat zainicjowanego w 2007 roku programu remontu 100 kamienic rocznie okazuje się, że przez wszystkie lata udało się wyremontować 127 obiektów, z których w około 25 skupiono się wyłącznie na naprawie dachu i nowej elewacji. Najnowsze dane donoszą, że w 2013 roku z przeznaczonych z budżetu miasta na ten cel 14 mld zł. Przy uśrednionych kosztach inwestycji wystarczyło na odnowienie zaledwie 8 budynków. Porównując wyniki z początków programu, gdy w 2009 roku udało się zrealizować plany remontu 42 kamienic z budżetem 74 mld zł, ostatnie dokonania Zarządu Zasobów Komunalnych budzą raczej oburzenie wymieszane z politowaniem, niż planowany zachwyt.

Trzeba przyznać, że ostatnie remonty kilku kamienic przy ul. Kazimierza Wielkiego są godne podziwu. Zachwyca też stopniowa rewitalizacja Nadodrza, kamienic na ul. św. Mikołaja lub św. Antoniego czy też pasażu Pokoyhof. Zwróćmy jednak uwagę, że są to w znaczącej części prywatne budynki lub oddane pod wynajem biurowce, a to nie ma nic wspólnego z ZZK i nie poprawia standardów mieszkaniowych Wrocławia. Z pewnością przyczyną ograniczenia wydatków na remonty jest wszędobylski kryzys, ale z relacji mieszkańców wynika, że remonty są nie tylko sporadyczne, ale i symboliczne. Wielokrotnie, jeśli stropy są w dobrym stanie, kończy się na położeniu tynków na elewacji i wymianie okien lub dachu.

Przypudrowany trup

Za atrakcyjnym frontem, tuż po przekroczeniu odrestaurowanych drzwi, kryje się śmierdząca, brudna, zaniedbana klatka schodowa. Panuje tam mrok, cuchnie wilgocią i moczem, bo nieraz domofon jest tylko atrapą. Korzystają z tego bezdomni, nocując wewnątrz budynków i zanieczyszczając ich przestrzeń. Schody grożą zawaleniem, balustrady są chwiejne, a ich ozdobne tralki szczerbate. Farba olejnej lamperii łuszczy się sporymi płatami, błyszcząc w słabym świetle pojedynczej nagiej żarówki. Każde piętro przeraża coraz bardziej, okna są odrapane z farby, przez niekompletne lub brudne szyby widać jeszcze bardziej przygnębiające podwórko. Lokatorzy starają się na własną rękę oswoić te nieprzyjazne wnętrza, stawiając co rusz jakiś kwiat w doniczce lub wieszając obrazki na ścianach, ale są to zabiegi jeszcze bardziej potęgujące kontrast zaniedbania.

Życie w kamienicy nie jest łatwe: nie ma tutaj wygodnej windy, a zimą w mieszkaniu trzeba napalić w piecu kaflowym za pomocą przyniesionego z piwnicy węgla. Ogrzanie to spore wyzwanie, wnętrza są często bardzo wysokie, a przy nieszczelnych drewnianych oknach i nieocieplonych murach straty ciepła są olbrzymie. Wodę na kąpiel grzeje się na kuchence gazowej lub elektrycznej. Gazu też nie ma, trzeba go kupić na stacji benzynowej i wnieść po wysokich niestabilnych schodach. Dodajmy do tego wspólne toalety na każdym piętrze, nie zawsze bezpieczne sąsiedztwo i odpadające stropy. Codzienność  w kamienicy to prawdziwa szkoła przetrwania, szczególnie trudna dla osób w podeszłym wieku, niejednokrotnie schorowanych i samotnych. W takich warunkach nie powinien żyć nikt.

Oczywiście nie każda kamienica to ruina – są takie, których standard przewyższa nowe apartamentowce. Należy jednak mówić o tych, w których zwyczajnie nie da się żyć, ponieważ jest ich zdecydowanie więcej. Ponadto mamy do czynienia z obiektami zabytkowymi, odznaczającymi się wysokimi walorami artystycznymi o które należy dbać, bo stanowią o wartości miasta. Zabudowa kamienic to głównie przykłady XIX-wiecznej architektury z okresu rewolucji przemysłowej, ale są też wśród nich domy starsze. Ignorując opłakany stan tej części tkanki miasta, skazujemy je na nieuniknioną śmierć. Znane są przypadki wyburzania cennych obiektów z powodu zaniedbań właścicieli. Przytoczyć należy chociażby sprawę kamienicy zburzonej przez kurię, którą później nakazano władzom kościoła odbudować. Można było przecież wystarczająco wcześnie zaingerować i wyremontować budynek, niż wyburzać, a potem odbudować od podstaw, ponosząc znacznie większe koszty.

Skuteczność ZZK jest niewielka, a zaproponowany system nieudolny. Corocznie na remonty przeznacza się coraz mniejsze sumy, natomiast urzędnicy zamiast zareagować i przyznać się do błędu, zmieniają tylko nazwę projektu udając, że nic się nie stało. By ukryć niepowodzenie, przemianowano projekt ze „100 kamienic” na „Program rewitalizacji wrocławskich kamienic”. Winą należy obarczyć nieudolność planistów i władz. Na wyższych szczeblach jak zawsze zamęt, a przeciętny obywatel jak żył w swoim wehikule przeszłości, tak żyje…

Adam Włodarczyk

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 1 , Średnia: 4.00 na 5.00)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł