Kanał Rss
Content
Nalej sobie zdrowia
5 czerwca 2013

W naszej szerokości geograficznej wręcz nie sposób obyć się bez alkoholu. Już od wielu wieków pod wieloma postaciami poprawiał samopoczucie w tracie uczt, dodawał odwagi na polach bitew czy wspomagał medycynę niekonwencjonalną. Szczególnymi zasługami dla tej ostatniej może pochwalić się nalewka – niezastąpiona w długie jesienne i zimowe wieczory.
Czasu na wyposażenie własnej spiżarni w smakowe nalewki pozostało niewiele, co wcale nie znaczy, że jest za późno. Właściwie już chłodne wieczory października sprzyjają konsumowaniu tego trunku, który najlepiej spożywać w niewielkich ilościach, jako uzupełnienie posiłku. Doskonale nadaje się do poczęstunku zapowiedzianych i niezapowiedzianych gości, natomiast raczej odpada podczas przyjęć czy długich spotkań towarzyskich – z tego prostego powodu, że nalewka jest zbyt ciężkim alkoholem (szczególnie odmiany dosładzane) i bardziej pasuje do kameralnych degustacji, niż do uroczystych toastów.Pod terminem „nalewka“ kryje się wiele gatunków. To tak jak z winem lub jego węgierskim specyfikiem – tokajem. Dopiero wizyta w kraju pochodzenia uświadamia, jak inne pojęcie tokaju czy wina jest upowszechnione w Polsce, która z kolei może poszczycić się doskonałą tradycją wyrobu wódek. Jednak wódka stanowi zaledwie półprodukt, przynajmniej dla procesu powstawania nalewki. Strefa klimatyczna, w jakiej znajduje się Polska, dobrze wróży przyszłości nalewek, bo te smakują szczególnie dobrze chłodnymi wieczorami, których nad Wisłą w ciągu roku nie brakuje.
Co jest, a co nie jest nalewką? Istnieje główny podział na przemysłowe i domowe. Te nalewki, których pełne są sklepy monopolowe, nalewkami są jedynie z nazwy. Najlepsze pochodzą z rodzinnych piwniczek, a te z kolei były stałym wyposażeniem przedwojennych dworków polskich. Chociaż w PRL-u zniszczono rodzimą klasę dworzan, serwując społeczeństwu prymitywną wódkę, wielowiekowa tradycja wyrobu nalewek przetrwała i zaczyna się odradzać. Sprzyja temu coraz większa świadomość konsumentów i porzucanie żywności masowo produkowanej na rzecz regionalnych specjałów, do których w szczególności zalicza się nalewka.
Większość zawiera w sobie trzy składniki: alkohol, cukier i produkt, od którego bierze swoją późniejszą nazwę z nieodłączną końcówką „–ówka“. Skład nalewki jest zmienny. Bazuje on na obecności gotowego alkoholu, głównie na wódce lub czystym spirytusie. Wszystkie pozostałe stężenia – chcąc otrzymać napój o mocy np. 70% – uzyskuje się przez połączenie spirytusu z wodą. Warto pamiętać, że gotowa nalewka zawsze będzie procentowo słabsza od użytego w niej alkoholu.
Im bardziej egzotyczne zestawienie składników, tym nalewka atrakcyjniejsza w smaku i, co istotne, w wyobrażeniu smakosza. Nazwa wiele mówi o niej samej. Przestaje już wystarczyć powszechna „wiśniówka“, czy „pigwówka“. W ofensywie znajdują się przepisy niekonwencjonalne, co ma przełożenie na nazewnictwo: „kminkówka na pomarańczy“, „winogronówka na goździku“, „waniliówka na brandy“.
Podobieństwo do wina, ale pod kątem sposobu wytwarzania, niż smaku, jest nieuknionie, jednak to miłośnicy nalewek mają więcej pola do popisu. Z powodzeniem można je wytwarzać przez cały rok, dostosowując się tylko do dostępności produktów. Najlepszym przykładem jest „sosnówka“. Składające się nań pędy młodych szyszek sosny pojawiają się wiosną, w okolicach maja i tylko wóeczas jest szansa na zbiór i produkcję. Jak każdy trunek, także nalewka potrzebuje czasu, by „przegryźć się“, dojrzeć. Następuje to w procesie tzw. maceracji, która trwa od kilku dni do kilku miesięcy. W tym czasie wszystkie składniki znajdują się w wielkim słoju, z którego, poprzez filtrowanie, rozprowadza sie barwny alkohol do butelek – wszelkich karafek z grubego szkła, których kształt ma ogromne znaczenie estetyczne.
Co dalej? Nalewka rozlana w oryginalne naczynia, przyozdobiona naklejką z wdzięczną nazwą, ozdobi wnętrze niejednego barku, przeszklonego regału czy stanie się wyszukanym prezentem dla solenizanta. Tu możliwości dalszej dystrybucji się kończą, a raczej ustępują nieżyciowym przepisom. Co prawda, produkcja nalewek w Polsce jest legalna, ale tylko na użytek własny. Próba uruchomienia choćby domowej manufaktury i sprzedaż produktu jest drogą przez mękę, a droga ta prowadzi przez zasieki urzędowych wniosków, zezwoleń i koncesji. Zdarzają sie wyjątki i czasami pozwolenie uzyskuje moc prawną, ale to ułamek wszystkich składanych wniosków. Na drodze legalnemu wyjściu nalewek spod strzech stoją niezliberalizowane przepisy, traktujące jednakowo lokalnego producenta, jak i całą gorzelnię.
Nalewki jako lekarstwa narodziły się w średniowiecznych pracowniach alchemików. Potem trafiły do klasztorów i aptek. Dalej do polskich dworów, gdzie przechowywano je w specjalnych pomieszczeniach, zwanych apteczkami. Dzisiaj należą do alkoholi drugiego obiegu i dużo mówią o gospodarzu podejmującym nią swoich gości zwłaszcza chłodną porą. I chociaż odrodzenie dawnej tradycji wyrobu własnych likierów przebiega dość ospale, widać cień szansy w rosnącej modzie na żywność ekologiczną.
Spośród setek przepisów – każdy z nich podlega dodatkowo własnej interpretacji – warto wybierać te, które zakładają dostępność potrzebnych do wyrobu produktów, a przy tym nie drenują kieszeni i stwarzają okazję dostarczenia nowych wrażeń smakowych. Jedną z takich jest nalewka z czerwonej herbaty. Przepis mówi: zalej szklankę z trzema łyżkami czerwonej herbaty typu rooibos gorącą wodą. Przykryj i zaparzaj dziesięć minut. Odcedź i ostudź. Do słoju wrzuć sto gramów pokrojonych i suszonych daktyli bez pestek i zalej naparem herbacianym, szklanką rumu i połową szklanki wódki. Zamknięty słój odstaw na miesiąc. Po tym czasie zlej trunek znad daktyli i dokładnie go przefiltruj. Przelej do butelek. Po dwóch tygodniach leżakowania w ciemnym miejscu nalewka będzie w pełni zdatna do picia.
A zima będzie nasza.

Michał Ratajczak

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł