Kanał Rss
Content
Mare Nostrum
16 lipca 2012

„Mare Nostrum” – Nasze Morze. Tak starożytni Rzymianie nazywali Morze Śródziemne. To było ich morze, na którym rządzili. Ich morze wewnętrzne, jedynie w pewnych okresach dzielone z innymi państwami, takimi jak Kartagina. My, Polacy, dzielimy Bałtyk ze Szwedami, Finami, Litwinami, Łotyszami, Estończykami, Duńczykami, Rosjanami i Niemcami (nikogo nie pominąłem?). Nie mamy na Bałtyku żadnych znaczących wysp, linia brzegowa pozbawiona jest też większych półwyspów i biegnie gładko z zachodu na wschód, przy czym Władysławowo znajduje się nieco bardziej na północ niż np. Świnoujście.

Przez setki lat całe Pomorze Zachodnie nie należało do nas. Słowiańscy książęta ulegli naporowi żywiołu germańskiego i takie miasta jak „Stettin” czy „Swinemunde” dopiero po II wojnie światowej znalazły się w granicach Polski. A jednak dziś nie mamy poczucia, że Pomorze Zachodnie to zagranica. Tym bardziej bliska jest nam wschodnia część tego regionu, skupiona od wieków wokół Gdańska, choć dziś można raczej mówić o Trójmieście.

Wielu narzeka na Bałtyk. Że drogo, że nudno, że zimno, że pada, że cuchnie, że cokolwiek… Że nie warto przyjeżdżać. Cóż, kwestia gustu. Niektórych po prostu podnieca odrobina egzotyki, nawet jeśli ta egzotyka to miejsca tak oklepane jak Riwiera Francuska, Chorwacja czy Tunezja. Wciąż jednak jest wielu takich, którzy wyjeżdżają nad Bałtyk, tam się opalają i w tej wodzie pływają. W zasadzie od kiedy tylko istnieje coś takiego jak turystyka i wakacyjne wyjazdy, Polacy mają trzy  główne rejony, w których wypoczywają. Są to szeroko pojęte góry (od Gór Izerskich po Bieszczady), równie szeroko rozumiane Mazury – i właśnie morze.

Na polskim wybrzeżu najciekawsze są chyba te miejsca, w których odpocząć można od zgiełku wielkiego miasta. Małe wioski rybackie, ukryte gdzieś wśród wydm, ze skromnymi plażami, niewielkimi knajpkami, jakimś starym kościółkiem, zabiedzonym zameczkiem czy innym zabytkiem, który (jeśli wierzyć tablicom informacyjnym) jest niezwykle ważny, szczególny, wyjątkowy i legendarny. Zresztą – czemuż miałaby nie być to prawda? Czasami to zewnętrzne okoliczności powodują, że miejsce staje się wyjątkowe – tak jest choćby w Trzęsaczu. Przesunięcie się kościoła o blisko 2 kilometry w ciągu około 600 lat to coś, co obrotny biznesmen mógłby nieźle „sprzedać” zagranicznym turystom! Znacznie lepsze niż krzywa wieża w Pizie, która, owszem – jest nieco krzywa, ale poza tym nic w niej szczególnego. A tu, proszę bardzo, ruchome piaski, choć bardziej dramatyczna byłaby wersja o ruchomych budynkach. W końcu posągi z Wyspy Wielkanocnej też podobno „same chodziły”.

Ale tak naprawdę nie chciałbym, żeby ktokolwiek „sprzedawał” tego typu miejsca. Oczywiście to nic złego, że cieszą się pewnym zainteresowaniem turystów, ale co za dużo – to niezdrowo. Sam Trzęsacz ma raptem nieco ponad 100 stałych mieszkańców. Nigdy nie byłem tam jesienią czy zimą, ale można sobie wyobrazić, że życie toczy się wówczas leniwie i powoli, a wszystko zamiera. Zostaje tylko opustoszała plaża, na której być może poniewiera się jeszcze jakiś porzucony leżak czy czepek, iście nostalgiczne pamiątki. Do tego sine niebo, zrujnowany kościół na klifie, coraz chłodniejszy wiatr, spokój, cisza i samotność.

Zaraz, zaraz… O czym to ja… Znów wydawca będzie narzekał, że psuję humor czytelnikom. Spokojnie. Są wakacje, jest gorąco. Jedźcie nad Bałtyk opalać się, pluskać, jeść lody i smażone kurczaki, budować piaskowe babki i zamki, pogrywać wieczorami na gitarze przy palącym się na plaży ognisku – i tak dalej. A kto zechce wrócić po sezonie, ten może dostrzeże dodatkowo także inne, subtelniejsze piękno.

 

Adam T. Witczak

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Na pogranicze na chwilę

Słowo „alternatywa“ robi sporą karierę w wielu dziedzinach życia, także w turystyce. Na przekór modnym kurortom, do których jeździło się...

Close