Kanał Rss
Content
“Ludzie starzeją się, bo przestają się bawić” – recenzja filmu „Berek”
21 lipca 2018

„Dzieckiem nie przestawało się być w jednej chwili przy wtórze huku, jak gdyby pękł balon. Dzieciństwo wyciekało z ciebie jak powietrze z dziurawej opony” – pisał S. King w bestsellerowej powieści „To”. Dla bohaterów filmu „Berek” to właśnie gra z dzieciństwa była wentylem bezpieczeństwa. Sprawiła, że ich dziecięca fantazja nie odeszła wraz z nadejściem dorosłości. Tak zwariowanego pomysłu na scenariusz nie było od czasów Kac Vegas. 

Kiedy dziecko zasypia, to rodzic przy świetle nocnej lampki kończy układanie zamku z klocków. „Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo przestają się bawić” – pisał Mark Twain. Tym tropem postanowili pójść twórcy opartego na faktach filmu „Berek”.

Jest maj — miesiąc berka. Od trzydziestu lat pięciu dorosłych, odpowiedzialnych mężczyzn na śmierć i życie walczy, by nie pozostać berkiem, gdy upłynie ostatni dzień miesiąca. Przebierają się, robią zasadzki i knują intrygi. Jeden z nich jest najlepszy — jeszcze nigdy nie był berkiem. Teraz bierze ślub, a pozostała czwórka postanawia zawiązać sojusz. Przepis był prosty, sprawdzony i nie bez powodu przywodzi na myśl blockbusterowe Kac Vegas. Grupa przyjaciół i zwariowane pomysły, na które decydują się bez mrugnięcia okiem. Tyle że takich produkcji było już wiele, a twórcy łatwo mogli wpaść w pułapkę tendencyjności i przewidywalności. Tak się jednak nie stało.

Na oryginalność tej produkcji składa się wiele czynników. Po pierwsze, zabawa konwencją: twórcy nie idą na łatwiznę. Doskonale zaplanowanymi ujęciami nadają dynamiki akcji i przywołują skojarzenia do innych filmów. Gdy bohater ucieka, kamera zamontowana na jego torsie zwrócona jest w stronę jego spuchniętej z wysiłku twarzy. Dialogi wyjaśniające kontekst fabuły nakręcone są jak telewizyjne „setki” ze znanych z programów reality show. Na deser zaś twórcy serwują nam slow montion z monologiem w tle, nawiązując do słynnych scen z Sherlocka Holmesa w reżyserii Guya Ritchiego.

Komediowość oparta jest na dwóch filarach: na dynamicznym slapsticku oraz znanym z amerykańskich produkcji żarcie słownym. Twórcy nie unikają kontrowersyjnych, obrazoburczych tematów, ale wiedzą też, gdzie postawić granicę.

Gra aktorska wypada też zaskakująco dobrze. Bohaterowie są krwiści, mają swoje unikalne cechy wyglądu i charakteru. Na uwagę zasługuje szczególnie duet kobiecy: Annabelle Wallis i Isla Fisher. Wybór tej drugiej do roli Anny Malloy był niezwykle udany. Fisher, po zagraniu mdłej do bólu agentki FBI w Iluzji (Now You See Me) wreszcie dostała materiał do rozwinięcia skrzydeł.

Ciepła puenta w zakończeniu nie jest zbyt ckliwa i romantyczna, a całość dopełniają autentyczne nagrania z gry w berka. Pozostawiają one widza z uczuciem niedowierzania, jak niewiele zwariowanych motywów było kalką faktycznych wydarzeń.  

Z pewnością nie zobaczymy „Berka” ani w Cannes, ani na rozdaniu Oscarów, ale wybranie się na ten film to wciąż doskonały pomysł na spędzenie ciepłego lipcowego popołudnia. 


Zrecenzował Kamil Kuchta 

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

E-prenumeratę wysyłamy z:
Read previous post:
Alkohol na słodowej przegłosowany

Stało się. Po latach debat i rozważań wrocławscy radni postanowili zgodzić się na to, co i tak było już stanem faktycznym....

Close