Kanał Rss
Content
Kwestia obyczajów czy konieczność ekonomiczna?
14 marca 2013

Jeszcze pokolenie dzisiejszych 50-, 60-latków – ludzi, którzy karierę zawodową zaczynali w epoce PRL – wiązało na ogół swoje życie z jednym zakładem pracy. No dobrze, mogło się zdarzyć, że ktoś na samym początku dorosłości przez dwa, trzy lata “rozglądał się” (na ile to było możliwe), próbował tego i owego, ale zasadniczo naturalne było to, że człowiek osadzał się, powiedzmy przez 30-tką, w jednym, konkretnym miejscu – i tam już dożywał emerytury. Miliony ludzi z pokolenia naszych rodziców i dziadków (założmy, że piszę z perspektywy dzisiejszych 20-, 30-latków) spędziło 20, 30 lat, a czasami pół wieku w tej samej fabryce, firmie, szkole czy urzędzie. Przemierzali codziennie tę samą trasę, było dla nich naturalne to, że stopniowo awansowali (albo i nie) – i po latach przechodzili na emeryturę. Mogli śmiało powiedzieć o sobie: “Pracowałem w Mostostalu”, “Pracowałem w drugim liceum” etc. Często określało to bardzo precyzyjnie ich tożsamość jako pracowników – to nie tak, że otarli się o ów Mostostal czy liceum, że mieli z nim epizod. To raczej tak, że związali się na dobre i na złe, siłą rzeczy.

Dziś to się zmienia, a może już zmieniło. Młodzi ludzie coraz częściej są częścią zjawiska, które polega na częstej zmianie – zmianie pracy, miejsca zamieszkania, trybu życia. Zdarza się, że CV 30-latka jest zaskakująco obszerne: tu asystent, tam praktykant, gdzie indziej stażysta, następnie menedżer, analityk, projektant, w jednej firmie, w drugiej, trzeciej. Albo – w mniej optymistycznym wydaniu – tu kelner, tam kucharz, gazeciarz, telemarketer itd. Częste zmiany, prace niekiedy chwilowe, na luźnych umowach (co jest wadą i zaletą). Dziś jestem tu, jutro tam.

Z czego to wynika? Na pewno jakieś znaczenie mają ogólne uwarunkowania ekonomiczne, a nawet konkretna sytuacja w ostatnich latach. Co tu dużo mówić: jeśli brakuje pracy, zwłaszcza dla młodych, to nic dziwnego, że chwytają się każdej, jaka tylko się pojawi. Jeśli firmom jest ciężko, to nic dziwnego, że zwalniają – i trzeba szukać nowego zajęcia.

Ale rzecz nie kończy się na tym, że “mamy kryzys, jest ciężko”. W gruncie rzeczy podobne zjawisko występować może nawet i w lepszych czasach – i zresztą występuje. “Mobilność”, “nomadyzm”, “szybkość przystosowywania się” – to przecież hasła naszych czasów. Chłop pańszczyźniany był całe życie w jednym miejscu, ba, jego szlachetny pan również na ogół siedział w swoim dworku – i jego syn-dziedzic także. Tym sposobem obie strony miały ten sam “zawód” czy też pozycję społeczną, obie też egzystowały w odwiecznej okolicy.

Dziś tego nie ma. Młody człowiek jest dzieckiem rodziców, którzy np. przybyli na Ziemie Odzyskane z różnych stron Polski (albo też przybyli tam dziadkowie). Kształci się w małym mieście na etapie podstawowym, ewentualnie średnim. Studiuje w innym mieście, bywa, że w dwóch (licencjat i magisterium). Pracuje jeszcze gdzieś indziej. Mieszka w wynajmowanych mieszkaniach. Nie jest w gruncie rzeczy Ślązakiem, Kaszubem czy Małopolaninem. Tożsamości zanikają, rozmywają się. Tak samo jest z pracą – system oparty na mobilności i zmianie przeżuwa pracowników, rozrzuca ich po całym terenie, wykorzystuje i szuka nowych. Mało tego, oni sami często sobie tego życzą, o ile ich na to stać, o ile akurat mogą zaryzykować porzuceniem jednej posady i szukaniem innej.

A zatem mamy zmiany w obyczajach i zmiany w ekonomii – ale trzeba przyznać, że jedne wiążą się z drugim, a związek ten często idzie bardzo daleko. Ludzie dostosowują się do przemian gospodarczych i ulegają im na tyle, że zmieniają swoje obyczaje. Zauważmy też, że pole chłopa istniało – cały czas, zawsze, o ile nie nadeszła niespodziewana katastrofa. Fabryka w PRL była monolitem, nie funkcjonowała w oparciu o system rynkowy, ceny i konkurencję. Mogła sobie pozwolić na utrzymywanie kogokolwiek przez długie lata. Tymczasem w gospodarce rynkowej (nie tylko tak kalekiej, jak nasza, ale w autentycznej – być może “zwłaszcza w autentycznej”) przedsiębiorstwa, pomijając wielkie kolosy, rodzą się i umierają. Ktoś inwestuje, rozkręca biznes, zatrudnia ludzi – i plajtuje. Bywa. Bywa, że nie plajtuje, ale ktoś inny oferuje lepszą pensję. W innym mieście, kraju? To nie problem, mamy szybką i stosunkowo tanią komunikację, transport.

Kiedyś rodzice mogli doradzać swoim dzieciom: znajdź sobie “konkretny” zawód, pomyśl o tej fabryce za rzeką, złóż podanie do tego czy owego biura, a potem wszystko się zacznie układać. Co mają im doradzić współcześnie? Chyba tylko: świat się zmienia, zatracił formę, podlega impulsom, a ty sam możesz każdego dnia być kimś innym, zdobywać nowe tzw. “kwalifikacje”, kończyć szkolenia, zmieniać pracodawcę.

Tłumy ludzi szukają w tym świecie bez form swojego miejsca, swojego kąta. Oczywiście, coś zapewne zyskali. Mogą mówić o nowych horyzontach, pewnym poczuciu luzu etc. A jednak nie da się zaprzeczyć, że stracili pewne poczucie stabilizacji, zakorzenienia, pewność jutra – choćby i szarego. Cóż, każdy sam musi zdecydować, czy w tej sytuacji cieszyć się, czy opłakiwać społeczeństwo statyczne, nie pogrążone aż tak bardzo w szalonym ruchu.

Marek Pietka

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 1 , Średnia: 5.00 na 5.00)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł