Kanał Rss
Content
Krasnal, syrenka i smok
4 lutego 2015

Wrocław to oprócz Poznania, Szczecina i Zielonej Góry jedno z najbardziej wysuniętych na zachód miast Polski, choć jego najstarsi mieszkańcy, paradoksalnie, mają najczęściej rodowód wschodni. Czy po prawie 70 latach można powiedzieć, że Wrocław to miasto wciąż o charakterze niemieckim, replika Lwowa czy może zupełnie nowy wytwór?

Każde miasto wyróżnia się pod względem architektury. Po przesunięciu granic „nowe” polskie miasta jak Wrocław czy Gdańsk przynajmniej z samych elewacji zabytkowych budynków przypominają o poprzednich gospodarzach i stylu, w jakim powstały skwery, zaułki i kondygnacje. Bez wątpienia niemiecka architektura, mimo wielu zniszczeń wojennych, jest charakterystyczna, choć może coraz mniej dominująca w pełnym ujęciu panoramicznym Wrocławia. Do dziś przetrwały dzielnice zbudowane od podstaw w niemieckim stylu, jak choćby Sępolno – widok, który zobaczymy patrząc z góry przedstawia niemieckiego orła. Najbardziej znane budynki nad Odrą zaprojektował niemiecki architekt Max Berg. Należą do nich budynek urzędu wojewódzkiego, Hala Stulecia i główny oddział Banku Zachodniego WBK. I chociaż architektura odgrywa ważną rolę w społeczności miasta, ustępuje jednak jego mieszkańcom, którzy obecnie w znakomitej większości są Polakami. Przed wojną byli tu oczywiście Niemcy, ale tez spory odsetek Żydów i Czechów. Współcześnie ten tygiel kulturowy, narodowościowy i językowy jest co prawda barwniejszy, ale tymczasowy, bo zagraniczni goście zjawiają się we Wrocławiu najczęściej w charakterze turystów.

- Oczywiście architektura jest niemiecka, natomiast podejście do życia, styl zachowania się maja rodowód wschodni. Nie mówię że to jest źle, nawet odwrotnie, chociaż Wrocławowi brakuje tradycji i może dlatego pojawiają się takie pytania, jak Kresy czy Zachód. Nie ma tu typowo wrocławskich dań, bo miasto zawsze leżało na pograniczu czerpiąc z innych kuchni. Taka sama sytuacja z językiem. On jest typowo polski. Bez żadnego charakterystycznego dialektu – podsumowuje emerytka, pani Krystyna. Z tym wszystkim większość się zgodzi, chociaż ciężko jest rozmawiać o tym biorąc pod uwagę ten fakt że Wrocław to jest studenckie miasto, różno kulturowe, tu pod każdą kulturę da się znaleźć restaurację, ich jest mnóstwo Chińskie, Meksykań- skie, Gruzińskie, Ukraińskie, jednak kiedy przyjeżdża osoba z Polski, powstaje pytanie czym z tradycyjnej kuchni można ją zaskoczyć.

Przed świętami to poszukiwanie tradycji ma szczególny aspekt. Chodzi przede wszystkim o Jarmark Świąteczny jako współ- czesny „przeszczep” tradycji niemieckich miast i miasteczek. I choć jeszcze do niedawna Wrocław był jedynym miastem w Polsce, w którym można było pochodzić wśród drewnianych domków, spróbować grzanego wina i rożnego rodzaju potrawy, zwyczaj ten adoptują inne polskie miasta, a tutejszy jarmark z roku na rok przybiera coraz bardziej obszerną i bogata postać. Polski Weihnachtsmarkt odróżnia od niemieckiego pierwowzoru oferta gastronomiczna. Dużą popularnością cieszą się stoiska litewskie i białoruskie, gdzie wielu starszych wrocławian może odnaleźć cząstkę samych siebie, jako że na tych ziemiach przyszli na świat i zostali wychowani. Przykład popularności kresowego pieczywa i kwasu chlebowego pokazuje, jak tradycje wędrują za ludźmi. Duch różnokulturowości tak na jarmarku, czy w menu wielu tutejszych restauracji z polską kuchnią, jak na co dzień w tkance architektonicznej unosi się nad Wrocławiem niezmiennie. Wspomniana bliskość granicy i zawiła historia wydaje się naturalna koleją rzeczy, gdy spojrzeć na Wrocław w zestawieniu z innymi polskimi miastami. Jednak sam duch ma zbyt słaba moc przyciągania potencjalnych turystów i nowych mieszkań- ców. Potrzebny jest symbol, na postawie którego utrwali się (lub nie) pewna tradycja albo mit. To właśnie legenda jest najlepszą opowieścią, której nie można ani potwierdzić ani zaprzeczyć. Warszawa ma swoją syrenkę, Kraków smoka, Gdańsk pomnik Neptuna, a Poznań słynne koziołki. Wrocław ma do zaoferowania całkiem młodą opowieść z pogranicza baśni, absurdu i polityki za sprawą krasnali, które kilka lat temu zawładnęły najpopularniejszymi uliczkami i miejscami, choć ta obecność okazała się zawsze bardzo dyskretna.

Geneza wrocławskich krasnali sięga schyłkowego okresu komuny i studenckich protestów organizowanych na ulicach miasta. Pomarańczowa Alternatywa stojąca wtedy za happeningami uciekała się do różnych sposób, by mieszkańcom pokazać absurd systemu, a milicjantów wprowadzić w stan konsternacji. Wtedy jednym z pomysłów było przebranie się za krasnoludki. W XXI wieku chcąc nawiązać do tamtych wydarzeń władze miasta zdecydowały o upamiętnieniu Pomarańczowej Alternatywy pomnikiem krasnala. Na potomstwo nie trzeba było długo czekać. Liczba krasnali zmienia się – wciąż pojawiają się nowe, a niektóre są nawet kradzione. W tym roku wszystkich figurek jest prawie 300.

Krasnale skutecznie wymykają się zaszufladkowaniu. Nie są nawiązaniem ani do czasów niemieckich ani do tradycji i zwyczajów kresowych, a jeśli nawet ktoś dowiedzie takiego pokrewieństwa, przeczyć bę- dzie kontekst. Ale czy krasnale są już na tyle zaadoptowane, by mogły stać się symbolem miasta? Jeszcze wiele wody w Odrze upłynie zanim historia zweryfikuje to pytanie. Póki co bliżej mieszkańcom Wrocławia do małych krasnali niż Bolesława Chrobrego na koniu. Bliżej, bo jeśli się przyjrzeć, są niemal wszędzie.

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł