Kanał Rss
Content
Jedzta, co chceta – czyli żywieniowa anarchia!
16 lipca 2012

Jedzenie, które było kiedyś po prostu jedzeniem, aktem zaspokojenia głodu, dostarczeniem rozkoszy podniebieniu, towarzyskim wydarzeniem, dodatkiem do konwersacji (albo też konwersacja przy stole była dodatkiem do spożywania posiłku) ewentualnie czynnością rytualną, stało się obecnie problemem społecznym, dziedziną podległą polityce zdrowotnej, kwestią będącą w centrum zainteresowania polityki, biznesu, nauki i mediów. Ludzie w krajach Ameryki Północnej i Europy żyją pod coraz ściślejszą kontrolą polityków żywieniowych, naukowców od żywienia, obrońców konsumentów i aparatu medyczno-naukowego Zewsząd, wszelkimi kanałami propagandy medialnej wtłacza się im w mózgi, co to jest „zdrowe jedzenie”.

Mamy do czynienia z próbami ustanowienia nowych form tzw. biowładzy – władzy nad naszymi ciałami, naszymi organizmami, naszymi żołądkami, naszym podniebieniem, naszym trawieniem. Coraz więcej instytucji, grup interesu, kompleksów biznesowo-medycznych, ośrodków władzy społecznej i państwowej, medialnych korporacji chce określać jakie pokarmy i substancje, i w jakich ilościach, wolno nam jeść, jakie powinniśmy, a jakich nie powinniśmy wprowadzać do naszego organizmu.

Nic dziwnego, że – tak jak w przypadku każdej władzy – tak i wobec tej biowładzy rodzi się ruch oporu. Ważną postacią tego ruchu rozwijającego się u naszych zachodnich sąsiadów jest lekarz dr Gunter Frank (ur. 1963). Wykładowca, praktyk, autor wielu artykułów znany jest przede wszystkim z wydanej trzy lata temu książki Lizenz zum Essen. Stressfrei essen, Gewichtssorgen vergessen” (pl. Licencja na jedzenie. Jeść bez stresu, zapomnieć o kłopotach z wagą”), w której skupia się wprawdzie na toczonej od dawna „Wojnie z Otyłością“, ale jego spostrzeżenia i rady mają bardziej generalny charakter.

Frank dokonuje zasadniczego rozrachunku z całym kompleksem medyczno-naukowo-żywieniowym, który jego zdaniem, w swojej „Wojnie z Otyłością” nie kieruje się żadnymi naukowymi tezami, ponieważ tak naprawdę nikt nigdy takich tez nie udowodnił. Wzbudza się panikę, każe ludziom walczyć z własną wagą, z własnym organizmem. Straszy się społeczeństwa widokiem monstrualnych grubasów – ludzi chorobliwie uzależnionych od jedzenia, podczas gdy w ludzkich populacjach występuje całe spektrum uwarunkowanych genetycznie typów budowy ciała, od ludzi bardzo grubych do chudzielców; a waga ciała jest taką samą indywidualną cechą człowieka jak kształt nosa. Aparat polityczno-medyczny i dietetyczny biznes nie chcą uwzględniać tego zróżnicowania i usiłują normować indywidualne cechy, zamykając ludzi w klatkach tabel, wskaźników, wartości, norm.

Skutki „Wojny z Otyłością” są – jak to najczęściej bywa z takimi wojnami – odwrotne od zamierzonych. Ponieważ, jak twierdzi Gunter Frank, jedną z zasadniczych przyczyn tycia jest stres i związane z nim działanie hormonów, to poddawanie się ostrym rygorom diet i nadmierna troska o jedzenie, zakłócające naturalny mechanizm apetytu i głodu, przynoszą jeszcze więcej stresu, powodując…tycie. Są ludzie, którzy nigdy nie będą szczupli, a wmawia się im, że to ich wina, że mają jakiś defekt, który trzeba naprawić. Propaguje się uprawianie sportu i „zdrowej“ diety, a jedyni, którzy dzięki temu są szczupli to ci, którzy tak czy inaczej są szczupli. Ponieważ organizm wie najlepiej czego mu trzeba, każdy, kto próbuje ten mechanizm przechytrzyć przy pomocy nazbyt „zdrowego” pożywienia i rygorystycznych diet, staje się nie szczupły, lecz nieszczęśliwy.

Otyłość to dziś nieomal wszechobecny temat w mediach, w „panującym dyskursie” ludzie nie-szczupli są stygmatyzowani i wykluczeni, dyskryminowani w najrozmaitszy sposób i potępiani jako leniwe żarłoki bez żadnych zahamowań, jako ludzie niezdolni do racjonalnego postępowania, oddający się swoim zachciankom i popędom. Frank uważa, że w tzw. społeczeństwach zachodnich coraz szersze kręgi społeczne, ukształtowane mentalnie i emocjonalnie przez histeryczną propagandę medialną, zaczynają ich traktować nieomal jak trędowatych, otaczają wrogością, krytykują, drwią z nich, praktykują wobec nich społeczny i psychologiczny ostracyzm.

W takim klimacie społecznym szczególnie ciężki staje jest los tęgich dzieci. Frank zwalcza wszystkie rządowe i komercyjne programy obejmujące otyłe dzieci i mające im pomóc się odchudzić. Serce się człowiekowi kraje na widok biednych, zmuszanych do biegania, spoconych dzieci, które po zakończeniu bezsensownych ćwiczeń bez radości wmuszają w siebie tzw. zdrowe pożywienie. Wszystkie te programy to według Franka nic innego jak dręczenie dzieci i należy je natychmiast wstrzymać, ponieważ z „odchudzania” zrobiono torturę.

Zwróćmy tutaj uwagę, że struktura ideologiczna obecnej obsesji na tle „zdrowego odżywiania” i odchudzania jest strukturą quasi-religijną. Kiedyś ludzie pościli, nosili włosiennice i samobiczowali się, dzisiaj mają poddawać się męczarniom w fitnessklubie, katować ciało ćwiczeniami, samoudręczać się wielogodzinnym bieganiem w kółko. A wszystko w imię osiągnięcia najwyższego moralnego czy wręcz religijnego ideału zdrowia i szczupłości. Jest rzeczą oczywistą, że ta quasi-religia ma ewidentne purytańskie podłoże, chce zmusić ludzi do praktykowania świeckiej ascezy, wpaja im poczucie winy, chce im obrzydzić smaczne jedzenie, pozbawić możliwości rozkoszowania się smakowitymi potrawami. Masz mieć cały czas wyrzuty sumienia, bo nie upilnowałeś czyhających na twoje ciało kalorii, zjadłeś diabelski boczek, spacerowałeś sobie wolno (zbyt wolno!) po parku zamiast pokonywać kolejne kilometry joggingu etc.etc.

Co robić, aby nie ulec tej fałszywej religii i jej kapłanom? Posłuchajmy dobrych rad Guntera Franka. Należy wyleczyć się z obsesji zdrowia, nie toczyć wojny przeciwko własnemu organizmowi, nie poddawać się żywieniowym przymusom, wyzwolić z szaleństwa wykoncypowanych diet. Nie pozwólmy – apeluje Frank – dać się zastraszyć demonicznymi kaloriami, niedoborem witamin, zawyżonym cholesterolem (wmówienie ludziom lęku przed cholesterolem to, według Franka, „największy sukces marketingowy w historii gospodarki”). Stawmy (bierny) opór bioterrorowi! Koniec z zamęczaniem się sałatkami, marchewką, owocami, surowymi nasionami! Nie pozwólmy, aby żywieniowi fanatycy prali nam mózgi! Jedzmy umiarkowanie, z przyjemnością, wedle własnych chęci, wedle własnego smaku, odbudujmy uroki gotowania tradycyjnego i rozkoszowania się jedzeniem. Powróćmy do spokojnego jedzenia, do potraw sporządzanych nie z odgrzewanych „prefabrykatów”, ale ze świeżych produktów.

Chcesz uprawiać sporty, biegać, ruszać się? Świetnie, ale będzie to dla ciebie dobre tylko wtedy, kiedy robisz to z własnego wewnętrznego impulsu, kiedy sprawia ci to przyjemność, będąc radosną manifestacją sił witalnych, a nie męczarnią w imię fałszywych zdrowotno-żywieniowych „ideałów”.

Stwórzmy sobie wolną przestrzeń dla indywidualnej koncepcji życia, zaufajmy bardziej sobie, swojemu ciału, swojemu doświadczeniu. Mniej statystyki i teorii, więcej praktycznego życia i zdrowego rozsądku! Niech żyje pluralizm kulinarny i żywieniowa anarchia! Niech rozkwita sto kwiatów, niech współzawodniczy sto szkół, ba, tysiąc szkół jedzenia i życia!

 

Tomasz Gabiś

 

(przedruk za nowadebata.pl)

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Oddanych głosów: 2 , Średnia: 4.50 na 5.00)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł