Kanał Rss
Content
Czwarte życie kurczaka
21 listopada 2013

Każdy z nas, wybierając się do sklepu, stara się mieć wyczulone wszystkie zmysły tak, by nie dać się nabić w butelkę i wrócić do domu z nieświeżą szynką czy serem pleśniowym, który w zamiarze wcale takim nie miał być. Jak uniknąć nieprzyjemnej niespodzianki?

Kilka lat temu krążyła plotka o tym, jak sklepowemu mięsu daruje się kolejne życie. Na przykładzie kurczaka sprawa wyglądała następująco: najpierw drób trafia do  sklepowych lodówek, gdzie czeka na klienta do momentu, kiedy jego (kurczaka, nie klienta) data przydatności minie (życie pierwsze). Następnie zapobiegawczy pracownicy dokonują „odświeżania” mięsa, najczęściej za pomocą zwykłej wody. Drób ponownie trafia w obieg sprzedażowy (życie drugie). Kolejne podejście polega na odpowiednim natłuszczeniu mięsa tak, by klient zwabiony jego połyskiem, szybciutko wypełnił swój koszyk (życie trzecie). Przychodzi jednak dzień, w którym naszemu kurczakowi nic już nie pomoże. No właśnie nie takie znowu nic. Kiedy brak świeżości jest już na tyle mocno odczuwalny, że żaden klient nie jest w stanie tego nie zauważyć, mięso zostaje poddane obróbce termicznej. Tym właśnie sposobem trafia na nasze stoły w postaci wędzonego czy marynowanego kurczaka (życie czwarte). Ile w tym, co napisane powyżej prawdy? Wolę się nie zastanawiać.

O aferach związanych z oszukiwaniem klientów i dopuszczaniem nieświeżej żywności głośno było już wielokrotnie. Mimo wszystko handlowcy nie boją się na tyle, by zaprzestać dziwnych i niebezpiecznych praktyk. Liczy się pieniądz, a skoro klient jest w stanie za wszystko zapłacić, czemu nie dać mu na to szansy? Taka mniej więcej jest filozofia wielkich marketów. Co powinno nas niepokoić?

Czerwone światło powinno nam się zapalić każdorazowo, gdy stykamy się z produktami o podejrzanie krótkiej lub niezwykle długiej dacie przydatności. Pierwsze z nich mogą być na tzw. styku już nie po raz pierwszy, drugie najpewniej zawierają duże ilości substancji konserwujących, które oczywiście nie są dla naszego zdrowia zbyt korzystne. Wyczuleni powinniśmy być także na żywność, którą można kupić na wagę. Chodzi tutaj zarówno o produkty suche, jak orzechy, jak i kiszonki, ryby, ciasta czy mięso. Często się zdarza, że tego typu pokarmy wprost czekają na swojego nabywcę, leżakując w beczce czy misce kolejne długie tygodnie.

Nierzadką i niezwykle niepokojącą praktyką niektórych sklepów wielkopowierzchniowych jest sprzedaż warzyw czy owoców nie luzem, lecz w porcjach. Winogrona nie w kiści, ale w plastikowej miseczce, rzodkiewki nie w pęczku, ale z równo przyciętymi ogonkami w woreczku czy w końcu włoszczyzna w tzw. porcjach rosołowych (moja ulubiona). Jeśli coś nadgnije, nadgnitą część odcinamy i w myśl zasady, że nic się nie może zepsuć (a raczej nie sprzedać), pakujemy na tacki i serwujemy klientowi; najczęściej za cenę wyższą niż pierwotnie! I taki oto klient żyje w błogim przeświadczeniu, że sklep zadbał o jego potrzeby, pięknie przygotował i spakował mu warzywka. Problem pojawia się dopiero wówczas, gdy przygotowujemy wywar warzywny nie tylko w warzywem, ale także z „apetycznym” grzybkiem.

Wszystkim czytelnikom polecam dużo rozwagi i jednocześnie mniej zaufania. Może kiedy sklepikarze zorientują się, iż mamy świadomość ich szemranych praktyk, zaczną nas traktować jak ludzi, a nie…

 

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading ... Loading ...

Polecane artykuły
Reklama
Newsletter
Chcesz być na bieżąco?

Tagi
E-prenumeratę wysyłamy z:
Zobacz poprzedni artykuł