Kanał Rss
Content
Amber Gold jak ZUS… i vice-versa
17 października 2012

Po wybuchu afery Amber Gold, w internecie pojawiła się tabelka, porównująca firmę Marcina Plichty z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Zestawienie wypadło niekorzystnie dla ZUS, który nie dość, że (podobnie jak Amber Gold) jest piramidą finansową, to jeszcze (w przeciwieństwie do Amber Goldu) jest przymusowy – z wszystkimi tego konsekwencjami. Tabelka dowodząca, że z dwojga złego lepiej powierzyć pieniądze szemranemu “biznesmenowi” niż państwowej ubezpieczalni, zrobiła natychmiast furorę. Spotkała się z jednak z krytyką ze strony niejakiego Macieja Głogowskiego, eksperta gospodarczego radia TOK FM. Pan Głogowski uznał ją za populizm, bo choć – jego zdaniem – ZUS faktycznie przypomina piramidę, to nią nie jest, gdyż wypłatę emerytur gwarantuje państwo.

Na czym owe gwarancje polegają? Dzisiejszym emerytom, owszem, rząd gwarantuje wypłatę świadczeń w określonej wysokości. Ale co gwarantuje osobom, które na emeryturę przejdą dopiero za kilkanaście lat, nie wspominając o ludziach w moim wieku, którzy dopiero zaczynają karierę zawodową? Otóż rząd gwarantuje nam, że jeśli będziemy sumiennie płacić składki, to kiedyś dostaniemy jakąś emeryturę. “Kiedyś” i “jakąś” to słowa – klucze. “Kiedyś” znaczy, że może w wieku 67 lat, a może później, po ukończeniu 68, 70 lub 75 roku życia. Skoro rząd mógł raz, wbrew woli zdecydowanej większości wyborców, podnieść wiek emerytalny, nie ponosząc przy tym żadnych konsekwencji, to w razie potrzeby będzie mógł to zrobić po raz kolejny. “Jakąś” oznacza z kolei “taką jaką naliczy nam ZUS”, czyli nie wiadomo jaką, bo sposób naliczania może się w każdej chwili zmienić. A jeśli nawet się nie zmieni, to i tak nie możemy być pewni, że dostaniemy tyle, ile nam naliczono. Dowodzi tego przykład Grecji, gdzie po załamaniu się finansów publicznych obcięto emerytury. Innymi słowy, państwo gwarantuje obywatelom, że po osiągnięciu bliżej nieokreślonego wieku (o ile go dożyją i o ile po drodze nie zdarzy się żaden kataklizm) dostaną bliżej nieokreśloną sumę pieniędzy (niekoniecznie wystarczającą do przeżycia). To już nawet Plichta dawał lepsze gwarancje.

Problemem rozsypujących się systemów emerytalnych jest leżące u ich podstaw przekonanie, że opieka nad osobami starszymi jest zadaniem państwa. Tymczasem natura, tradycja i zdrowy rozum podpowiadają, że powinno to być przede wszystkim zadanie rodziny, mówiąc ściślej – dorosłych, pracujących dzieci. Skoro rodzice opiekują się dziećmi, dopóki te nie staną się samodzielne, skoro utrzymują je, póki nie zaczną same na siebie zarabiać, to logiczne jest, by dzieci zrewanżowały się tym samym, tzn. by zajęły się rodzicami, gdy ci nie będą już w stanie sami zadbać o siebie i by wzięły wówczas na siebie ich utrzymanie. Oczywiście, ktoś może powiedzieć w tej chwili, że to niby rozsądne rozwiązanie, ale co stanie się z osobami bezdzietnymi lub z takimi, którymi dzieci nie mogą albo nie chcą (czasem nawet ze zrozumiałych i usprawiedliwionych przyczyn) się zająć? Cóż, można się zgodzić, że państwo powinno wesprzeć takie osoby. Czemu jednak to wsparcie ma polegać na przymusowym wciąganiu wszystkich podatników do piramidy finansowej? I dlaczego musi być udzielane na szczeblu centralnym? Czy nie byłoby lepiej, gdyby tego rodzaju problemy rozwiązywano na poziomie gminy lub powiatu, choćby dlatego, że władze lokalne są zwykle lepiej zorientowane w sytuacji konkretnej osoby lub rodziny ze swojego terenu, niż urzędnik siedzący gdzieś w odległej Warszawie?

Oczywiście, że byłoby lepiej. Przede wszystkim jednak “wsparcie” nie może oznaczać “wyparcia”, wyręczania rodziny, przejmowania jej obowiązków przez ZUS czy inną publiczną instytucję. Państwo powinno wypełniać luki, działać tam, gdzie rodzina sobie nie radzi, albo gdzie jej nie ma, a nie tam, gdzie bliscy mogą sami, bez problemu, poradzić sobie z opieką nad krewnym. Powinno pomagać rodzinie, jeśli to konieczne, zamiast próbować ją zastąpić, do czego zdecydowanie się nie nadaje. Niestety, rząd postępuje wbrew zdrowemu rozsądkowi i zamiast państwa pomocniczego, o jakim pisał papież Pius XI w encyklice Quadragessimo Anno, mamy państwo opiekuńcze, państwo-niańkę, państwo, które bierze na siebie cudze obowiązki i usiłuje sprawić, by wszelkie niezależne od niego wspólnoty, z rodziną na czele, stały się niepotrzebne. Państwo nie chce pomóc rodzicom w wychowaniu dzieci, ono chce wychowywać dzieci za nich. Państwo nie chce pomóc dzieciom w opiece nad rodzicami, państwo chce opiekować się nimi samo. Państwo zdejmuje z nas odpowiedzialność, co nam się nawet do pewnego momentu podoba, ale wraz z odpowiedzialnością zabiera nam wolność. I będzie zabierało jej coraz więcej, jeśli modelu opiekuńczego nie zastąpi model pomocniczy. Czas najwyższy, by tak się stało.

Krzysztof Żydziak

SłabyŚredniDobryBardzo dobrySuper! (Brak głosów! Bądź pierwszy)
Loading...

Read previous post:
Pną się mury do góry

Z dużym opóźnieniem przeczytałem o kolejnej odsłonie planów „rekultywacji” sporego obszaru gruntu na północy Wrocławia, a mianowicie pól irygacyjnych, które...

Close